niedziela, 21 stycznia 2018

Byłam u lekarza. U lekarzy.  Pójść do jednego to za mało, jak się okazuje.
Ze służby zdrowia korzystam raz w roku i to zazwyczaj z byle czym, czasem pójdę też na jakieś badanie kontrolne. To mnie kosztuje ponad 6000 rocznie składki zdrowotnej.
Tym razem straciłam głos, a zyskałam okropny ból gardła i głowy. Trzy dni leczyłam się sama, w końcu stwierdziłam, że nie ma co - trzeba szukać fachowej pomocy. Do laryngologa najbliższy numerek za kilka dni, więc zrezygnowałam z wypasionej prywatnej poradni na rzecz malutkiej osiedlowej przychodni i zarezerwowałam wizytę u lekarza ogólnego. Pani doktorka obejrzała i stwierdziła, że jak na jej oko, to mogę mieć zatoki chore, a gardło to już naprawdę... strach patrzeć, spuchnięte, czerwone i krtań w stanie bardzo kiepskim. Trza do laryngologa, żeby zatoki prześwietlić. No to mówię, że za trzy dni dopiero, więc pani dała czterodniowe L4 na przeczekanie do wizyty u laryngologa i kazała leżeć, płukać gardło, psikać w zatoki, a jak w dwa-trzy dni nic się nie poprawi, to wziąć antybiotyk. Nie od razu, bo może specjalista będzie miał jakieś inne zalecenia.  I dała receptę. Poszłam do domu i dwa dni zaległam pokotem. Ból gardła spowodował, że nic nie mogłam przełknąć, zresztą i tak dostałam jadłowstrętu, jak to u mnie w chorobie bywa. W nocy budziłam się z bólu krtani (czy czego tam w gardle), trzymałam więc termos z ziółkami przy łóżku i raczyłam się co dwie-trzy godziny. Minęły 3 dni i nastał dzień wizyty u laryngologa. Zapisałam się na podstawie abonamentu pracowniczego w największej (i podobno najlepszej) poradni w mieście. Ledwo się dowlekłam, bo mnie nieco choroba i przymusowy post osłabiły, na dokładkę zapomniałam termosu z ziołami i ledwo co przełykałam ślinę, tak mnie zatykało. Pani laryngolożka w wieku około lat 30 wysłuchała listy moich dolegliwości, zajrzała mi w gardło, w uszy i zapytała: a właściwie, to po co pani przyszła, przecież pani ma zdrowe gardło. Sądziłam, że się przesłyszałam. Czyż nie słyszy, jak mówię ? A ona na to: taki ma pani głos, to tak pani mówi. Doktorko, toż ja ledwo ślinę przełykam, tak mam ciasno w gardle. I przecież pani słyszy, jak kaszlę. I nie śpię po nocach z bólu wyschniętej nadwyrężonej krtani. A ona na to: przesadza pani. Jest pani zdrowa, cieszyć się trzeba. A moje zatoki ? - pytam. A pani beztrosko: jak głowa przestała boleć, to znaczy, że wszytko w porządku. No to dziękuję za wizytę i jak się pani pogorszy, to proszę przyjść. No i proszę sobie na noc wziąć coś na sen. Przez chwilę zastanawiałam się, czy jestem w jakiejś ukrytej kamerze, a może za laryngolożkę podszyła się jakaś sprzątaczka albo co...? Osłupiała wyszłam z gabinetu, usiadłam na krzesełku w poczekalni i zastanawiam się, co z tym fantem zrobić. Tłumek w poczekalni się kłębi, ale ... pod innymi drzwiami. Do "mojej" lekarki nie ma nikogo. O żesz! Chyba trafiłam na "specjalistę", ale od siedmiu boleści ! W mojej ocenie, nie nadawałam się do pracy z tak ostrymi objawami. Pomyślałam chwilę i pojechałam do osiedlowej poradni. Lekarki, która przyjmowała mnie wcześniej akurat nie było, zapisałam się do pierwszej wolnej. Udałam głupiego i powiedziałam, że byłam już raz, a teraz przychodzę kontrolnie dopytać się, czy mam brać ten antybiotyk czy nie, bo jednak wcale mi nie lepiej ? O laryngolożce nawet się nie zająknęłam. Pani zajrzała w gardło, poświeciła latarką, pokręciła głową i powiedziała, że jest stan zapalny o podłożu bakteryjnym i jak najbardziej nie czekać, tylko wziąć zapisany antybiotyk. Do tego dała mi dwa "robione" na zamówienie płyny do płukania, kazała ogrzewać szyję, pić ciepłe ziółka, skoro przynoszą ulgę, robić sobie inhalacje, spać w czapce i stosować różne babcine sposoby na podniesienie sobie komfortu chorowania i absolutnie nie chodzić do pracy aż do przyszłego poniedziałku, bo szkoda zdrowia. Wszystkie zalecenia realizuję:) Już po dwóch tabletkach antybiotyku poczułam wielką ulgę w gardle i i mniejszy wyciek z zatok. Dziś była pierwsza cała przespana noc od tygodnia. Mam nadzieję, że tydzień wystarczy na doprowadzenie się do stanu używalności.
Tym oto sposobem, zamiast jednej wizyty rocznie, mam już trzy zaliczone w nowym 2018, a nawet styczeń jeszcze się nie skończył:)
Gdy zwierzyłam się koleżance pracowej ze swoich przeżyć, odrzekła zdziwiona, że nie chodzi się chorym na wizyty abonamentowe, gdyż lekarz ma interes w tym, żeby NIE DAĆ  zwolnienia, zamiast je DAĆ. Podobno poziom wynagrodzenia w tej prywatnej przychodni za wizytę dla lekarza, gdy nie daje zwolnienia jest większy, niż dla tego, co je wypisuje. To ja bardzo przepraszam - nie wiedziałam, że o mojej chorobie świadczy stawka za wizytę, a nie objawy tej choroby! Już ja tej pani laryngolożce zrobię "reklamę"! A co ? Może mój pracodawca sobie myśli, że w ten sposób uleczy swój personel ? Słaba metoda. Około 20% stanu pracowniczego jest na zwolnieniu. I obiecuję, że od teraz przy każdej najbliższej okazji choroby, nie będę się podpierać nosem, tylko będę brała zwolnienie, ile dają, ale nie w przychodni abonamentowej:)
A jak jeszcze raz usłyszę, że młodzi lekarze mają jakieś wymagania, to im sama powiem, żeby się wypchali. Najpierw niech się nauczą leczyć, niech się nauczą, co to jest etyka lekarska, a dopiero potem niech mają jakiekolwiek roszczenia. Ja, jak zaczynałam pracę, to też startowałam z najniższej stawki, jak każdy. Mistrza czyni doświadczenie, w każdym zawodzie.

piątek, 5 stycznia 2018

Taka sytuacja. Jest nas pięcioro. Ot,  znajomi zebrani w jednym miejscu. Jedni bliżsi, drudzy dalsi. Na początku wszystko ok, ale  w pewnym momencie jedna para (gospodarze) zaczyna się kłócić o tylko sobie znany drobiazg - ta para, z której bardzo dobrze znam żonę, a męża... tylko tak sobie. Coś sobie zarzucają, spór jest o coś bardzo oczywistego i nie trzeba nawet znać sprawy, żeby wiedzieć, że rację ma żona. Wychodzą do drugiego pokoju i kontynuują. Ona coś po cichutku tłumaczy, on coraz bardziej podnosi głos, w końcu wrzeszczy. Słychać słowa: suka, wyje...ana, wyrodna, popier...lona i inne tego typu. Głos nakazująco-rozkazujący, chce coś na niej wymusić, choć nie ma racji. Jak policjant wobec skazanego. Zresztą jest policjantem śledczym. Chwilę tego słuchamy, my - pozostała para i ja. Oni wbili wzrok w podłogę. Jedna fala agresji przeszła, pół minuty ciszy, ale jeszcze nie wzięłam głębszego oddechu, jak nadeszła druga. Do tamtego pokoju niepostrzeżenie wchodzi dziecko. Nie uspokaja to męża, nie zwraca uwagi na malucha. Wyzwiska lecą jedno po drugim.
Nie wytrzymałam. Poszłam tam. W pierwszym zdaniu spokojnie poprosiłam o opanowanie się. Mąż tylko spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem. W drugim zdaniu zwróciłam uwagę, że obok stoi dziecko z ustami w podkówkę, matka próbuje je uspokoić tuląc do kolan, ale ono i tak bezgłośnie płacze. Facet odwraca się wściekły i wrzeszczy: Co się wtrącasz ? Wy... laj stąd natychmiast!
Teraz już naprawdę nie wytrzymałam. Wyszarpnęłam dziada do kuchni i zdecydowanie dobitnym głosem stwierdziłam, że nie ma się ważyć tak pomiatać swojej żony, znęcać się na niej psychicznie i zachowywać agresywnie wobec niej i dziecka. W oczach miałam pioruny, z nadmiaru adrenaliny aż głos mi się łamał, ale nie odpuszczałam i powiedziałam, co sądzę o tym, co zobaczyłam oraz co sądzę o nim, a także zauważyłam, że wiem gdzie pracuje i jakie mam prawa i obowiązki widząc nadużycie siły . Reakcja była natychmiastowa. Zostałam obrzucona stekiem wyzwisk, zarzutami tak absurdalnymi, że aż można byłoby się z tego pośmiać, jakby nie groza sytuacji. Wyśmiałam go w dwóch zdaniach i wróciłam roztrzęsiona do salonu. I co ? Zostałam zbesztana przez siedząca tam parę, że się wtrącam w sprawy małżeńskie ! Nie mogłam wprost uwierzyć ! On potępiał mnie wzrokiem i pewnie w duszy, bo nie powiedział ani słowa, ale też nie stanął w mojej lub naszej gospodyni obronie. Ona natomiast w długim monologu typu masło maślane przekonywała mnie, że nie wolno tak reagować, że oni się pokłócą i pogodzą, a nam nic do tego. Że widać tak u nich jest i nie wolno się wtrącać w sprawy rodzinne oraz rozstrzygać ich sporów. Słuchałam tego parę minut bez słowa i z najwyższym zdumieniem.
Dla mnie to nie było wtrącanie się. Nie rozstrzygałam żadnego sporu, wcale się w przedmiocie sporu nie wypowiedziałam. Zareagowałam na agresję i znęcanie się psychiczne. Moim zdaniem stanęłam w obronie zaatakowanej żony i dziecka. Jakbym na ulicy trafiła na taką sytuację, także bym zareagowała. Nie był istotny powód kłótni, stopień znajomości, ale wystąpienie stanu, którego nie mogłam tolerować. Sama przed wielu laty byłam obiektem agresji w rodzinie, na szczęście od 18 lat to już przeszłość. Nie zamierzam tolerować w swoim otoczeniu osobników, którzy pomiatają innymi. Ta nieprzyjemna sytuacja i brak poparcia nie wpłynęły na moje stanowisko - jeśli się powtórzy tu czy gdzie indziej, zareaguję podobnie.
Zapytacie, jak się to skończyło ? Posiedzieliśmy  pewnie z kwadrans, rozdarty małżonek dołączył do nas, na co ja wyszłam do drugiego pokoju, gdzie przebywała żona. Siedziała z kamienną twarzą, układała dziecko do snu. Powiedziała: dziękuję, teraz wiem, komu zależy na kim, a komu na czym. Przyznaję, że wzięłam to do siebie i odebrałam jako szczere, a nie tylko zdawkowe podziękowanie. I dodała: ale teraz nie chcę o tym rozmawiać. Pogadałyśmy jeszcze chwilę, ja także zaczęłam się uspokajać, pewnie poziom adrenaliny zaczął mi się obniżać, ale za to narosło we mnie takie niesamowite ogromne rozżalenie i czułam, że jeśli usłyszę w tym towarzystwie jedno nieodpowiednie obraźliwe słowo, to wybuchnę płaczem.  Wytrzymałam jeszcze kwadrans i pożegnałam się. W salonie trwała swobodna (prawdziwa czy udawana ? ) atmosfera. Na dworze ryczałam z nerwów co  najmniej z pół godziny. Dobrze, że było ciemno. Nie czułam się na siłach wsiąść do auta, zanim się nie uspokoję.
Po dwóch dniach żona zadzwoniła do mnie i powiedziała, że postawiła mężowi warunek: albo idzie na terapię albo koniec małżeństwa. Bo to przecież nie był pierwszy raz, tak jest codziennie. Zresztą, nawet nie miałam wątpliwości, że to stała sytuacja. Ta druga para nie odzywa się do mnie.

czwartek, 21 grudnia 2017

Dyskryminacja

Nie będzie u uchodźcach.
Mam koleżankę, lat 54.  Większość życia zawodowego przepracowała na umowach śmieciowych. Półtora roku temu trafiła się jak ślepej kurze ziarno fajna robota na umowę o pracę w prywatnej małej firemce, Radość była ogromna, toż to ostatni czas uzbierać coś na emeryturę. Koleżanka z zapałem przystąpiła do szkoleń, zdała egzaminy zawodowe celująco (taka branża, że trzeba było)  i zaczęła pracę. Prawie wszystko jej pasowało, oprócz godzin pracy, ale nie narzekała. Praca jej się spodobała, miała w niej sukcesy, była chwalona, pozyskała wielu klientów i rozkręciła tę firmę. Lubiła to zajęcie, interesowała się nowinkami, lubiła swoich Klientów i sama była lubiana. Wydawało się, że wreszcie znalazła swoje miejsce zawodowe i nową pasję, jedyną zresztą, bo innych nie miała. Oprócz właściciela, który zaglądał raz lub dwa razy w tygodniu, pracowała tu jeszcze 23 letnia dziewczyna, miła owszem, ładna owszem, ale na tym jej zalety się kończyły. Spóźniała się, brała niespodziewane wolne, była niedyspozycyjna, partaczyła robotę i najnormalniej w świecie była niekompetentna. Właściciel wciąż jej zwracał uwagę, że czegoś nie zrobiła, albo zrobiła źle, wściekał się i ochrzaniał, a koleżanka nadrabiała straty. I tak mijał miesiąc za miesiącem. Niedawno właściciel oznajmił, że jedną z pracownic musi zwolnić, niedługo powie, którą, bo jeszcze nie zdecydował, ale niech obie szukają pracy, to może mniej boleśnie się to odbędzie. Obie struchlały, jednakże od razu było wiadomo, że poleci młoda, bo się nie sprawdziła. Koleżanka czuła się tak pewnie, że nie szukała nawet pracy, młoda  natomiast stwierdziła, że szuka, bo to przecież jasne, że wyleci, ale mieszka i żywi się u rodziców, więc jej wszystko jedno. Nadszedł dzień, że szef przyszedł do firmy i oznajmił, że zwalnia moją koleżankę. Obie pracownice osłupiały. Obie się rozpłakały. Młoda spontanicznie uściskała koleżankę, nie wiadomo czy z radości, że sama zostaje, czy z żalu, że koleżanka odchodzi. Po pierwszym szoku koleżanka poprosiła szefa o uzasadnienie. Powiedział wymijająco, że redukuje stanowisko pracy i tak jej wpisze w świadectwie pracy, żeby dostała zasiłek dla bezrobotnych. Przyciśnięty pytaniami odpowiedział: zwalniam panią, bo tamta jest młoda, a pani stara. Szok! Pomijam w tym momencie ważną kwestię, że jest do dyskryminacja. Ale jak można tak uzasadnić zwolnienie z pracy?! Jakim trzeba być nieczułym i nieludzkim człowiekiem, aby tak powiedzieć! I jakim trzeba być debilem, żeby zwolnić dobrego sumiennego pracownika, a zostawić byle jaką, ale młodą pracownicę. Dodam, że moja koleżanka jest całkiem-całkiem przystojną i ładną oraz zadbaną kobietą, żaden pasztet. Dla mnie rozwiązanie jest jedno: sąd pracy. Ona twierdzi, że nawet nie wie, czego miałaby żądać. Przywrócenia do pracy ? Ja też nie wiem, ale na pewno bym co wymyśliła. Na razie koleżanka płacze i wertuje ogłoszenia o pracę.


W przydomowym ogrodzie buszuje dzięcioł