sobota, 30 maja 2020

Nocne strachy

Jak wiadomo, mieszkam sama. Kilkoro znajomych regularnie mnie pyta, czy się nie boję. A ja zawsze odpowiadam: czego mam się bać ? Tylko raz przestraszyłam się psa sąsiada - czarnego jak noc, wielkiego jak cielę - który kilka lat temu po raz pierwszy przyszedł na moje podwórko przywitać się, a że  było koło 1 w nocy, gdy zaczął się o mnie ocierać, kiedy szłam od auta do domu, to nie dziwota, że się nieco przeraziłam:) Wszystkie włosy stanęły mi dęba a dusza usiadła na ramieniu gotowa do odlotu:) Od kiedy mieszkam na wsi, nie słyszałam, żeby komu coś się stało albo żeby komuś coś ukradli. Auto zazwyczaj stoi na podwórku otwarte, brama uchylona, w drzwiach tzw. garażu, gdzie trzymam sprzęty takie jak kosiarka, piła spalinowa i inne oraz sprzęt ogrodowy, przeważnie tkwi klucz. 
Pewnych emocji dostarczyła mi nocna akcja straży pożarnej, gdy po sąsiedzku palił się dach na jednym z budynków pałacowych, ale to już było dawno. Przestraszyłam się, gdyż obudzona z głębokiego snu zobaczyłam przesuwające się po podłodze światła. Strażak silną lampą penetrował ogród i podwórko sprawdzając, czy się gdzieś ogień nie przeniósł. Zanim to zrozumiałam, nieco byłam wystraszona i zastanawiałam się, czy to nie trzecia wojna światowa albo jakiś terrorysta ukrywa się u mnie w piwnicy:)
Emocji dostarczyły mi także dziwne dźwięki dochodzące z dworu jednej nocy ze dwa lata temu. Z niczym nie mogłam ich skojarzyć, a gdy nie ustawały, uzbrojona w latarkę poszłam na dwór zobaczyć, co to takiego. I okazało się, że to młode sówki uczyły się latać i wykorzystały do tego huśtawkę zawieszoną na skośnych palach, Wchodziły na piechotę po pochyłym drążku, wydając pazurami te właśnie dziwne dźwięki, potem z górnego drążka robiły hyc! znów wydając skrzeczący odgłos i ponownie właziły na górę:)
W tym roku jednego wieczoru przestraszyłam się saren. Poszłam z latarką na działkę po szczypiorek, bo mi się bardzo zachciało do późnej kolacji:) Z działką warzywną sąsiadują moje obie działki budowlane, na jednej z nich jest mały lasek. I kiedy ja pochylona skubałam szczypiorki, z lasku zerwały się dwie sarny. Najpierw odwrócona tyłem nie widziałam ich, tylko usłyszałam, że coś na mnie szarżuje i już w stanie nieomal omdlenia zauważyłam, że to śliczne sarenki. Jedna z nich nawet się zatrzymała i popatrzyła z ciekawością, co ja o tej porze tu robię:) W lasku sarenki mają swoje legowisko już od lat i czasem podjadały mi warzywa, szczególnie buraki i fasolkę szparagową, więc co roku stawiam szeleszczące strachy na wróble, wróć! - na sarny.
Marne te przygody, więc noc na wsi nie budzi we mnie strachu.

Kilka dni temu, kiedy byłam już po pracy i kiedy skończył padać ciepły deszcz, wyszłam na spacer, a było już koło 19.00.







Wyszłam bez telefonu, bez okularów, tylko z aparatem i tylko "na chwilkę". I tak sobie idę, idę... A tu kawałek tęczy, a tu mgiełka na polach ... i znacznie się od mojej wsi oddaliłam, Po kilku kilometrach zawróciłam i zobaczyłam, że idzie mgła do wsi. Będąc bliżej ( a było już ciemno), pomyślałam, że na łąkach w nocy to musi być extra. Żałowałam tylko, że nie mam okularów, bo niestety bez nich nijak nie mogłam odczytać tych maluśkich znaczków i hieroglifów na ekranie aparatu, aby odpowiednio go ustawić do wieczornych zdjęć i wyszło, jak wyszło, na oślep.




Musicie sobie trochę poruszać ekranem, żeby cokolwiek zobaczyć na tym zdjęciu poniżej:) Otóż było już blisko 22.00, kiedy postanowiłam wracać. Doszłam na kanału oddzielającego łąkę od lasu, pod drogą jest betonowy przepływ. I nagle w tej ciemności słyszę głośny plusk i jakieś ogromne cielsko wpadło do kanału! Ani czym poświecić, a nic nie widać prawie... Stanęłam i słucham. A tu nagle coś człap człap i znowu głośne chlup ! Podeszłam bliżej i zobaczyłam takie oto ślady. Każdy ślad wielkości mojej dłoni. 
Domyśliłam się, że to bobry. Postałam chwilę w ciszy, jakby mnie tu wcale nie było i one w to uwierzyły:) Zaczęły się bawić w wodzie, pływały na wyścigi oba w tę samą stronę, albo jeden w jedną, drugi z powrotem i jak się spotkały w połowie drogi, to nurkowały i waliły ogonem w wodę robiąc przy tym okropny hałas, który niósł się po łąkach.


Kiedy opowiedziałam o tym mojej fryzjerce (czekałam na termin półtora tygodnia!), stwierdziła, że ona uciekałaby z wrzaskiem, a tak w ogóle to na wsi nigdy nie wyszłaby na dwór po zmroku:)


A przecież na wsi w nocy jest pięknie i tajemniczo, a nie strasznie:)

Dziś mam wolną sobotę. Pojechałam do sąsiedniego miasteczka na cotygodniowy targ po sadzonki, bo mi wszystkie ogórki wymarzły, niestety, w czasie dwóch mroźnych nocy. A tu nie ma sobotniego targu! Muszę czekać do środy, bo w naszej gminie targowisko czynne, ale czy będą ogórki ? Niektórzy sadzą ziarna ogórków prosto w ziemię, mówią, że urosną jeszcze. Macie jakie doświadczenia ?

Pada od rana. I tak co drugi dzień. 





Na trawniku zakwitła łączka, aż szkoda kosić:) Zresztą teraz i tak to niemożliwe, bo za mokro.



Jagoda kamczacka czeka do poniedziałku na moją najstarszą wnuczkę, która uwielbia te jagódki:)

niedziela, 24 maja 2020

Coś luksusowego

Zobaczyłam  w necie reklamę znanej firmy kosmetycznej: kremy za grosze. Za grosze ? Tej firmy ? Aż zajrzałam z ciekawości, ile te grosze wynoszą.  Najtańszy krem w promocji 110 PLN. Cóż, na sobie nie warto oszczędzać, cóż to jest 110 pln, jeśli w zamian będę piękna i młoda i tak dalej ble ble ble... Jednak nie kupię, choć mnie stać. Nie wierzę w cudowne działanie cudownych, coraz to innych składników w kosmetykach. Owszem, kosmetyki mają dobry wpływ na skórę, ale nie cudowny. Tak wiem, nie znam się, przyznaję, jednak opieram się na doświadczeniu. To co jemy, co pijemy, jak żyjemy, ile śpimy, to ma większy wpływ. Aktywność fizyczna, zdrowe jedzenie więcej znaczy niż jakiś składnik kremu, nagle podobno odkryty.


Jakiś czas temu świat zachwycił się śluzem limaka w kosmetykach, kupiłam i ja krem z tym składnikiem. Mimo mikro śladu w kremie czegoś co występuje w ślimakowym śluzie, bardzo szybko zaczął on oddziaływać na  moją skórę. Uwidoczniło się to w postaci licznych pyszczy na twarzy, bardzo bolesnych i gojących się dość długo. Nie od razu skojarzyłam z kremem, jednak bez wątpienia był on sprawcą mojego oszpecenia. Odstawiłam (szkoda, że nie wyrzuciłam) i używałam do nawilżenia pięt, w tym miejscu nie dostałam alergii:) Do twarzy kupiłam tanie kremy po kilkanaście plnów i one są najlepsze, bo sprawdzone przez lata.
Kiedy na początku maja była u mnie wnuczka, buszowała po mojej sypialni, między innymi na toaletce z kosmetykami. Posmarowała się tym nieszczęsnym kremem ze ślimakiem pod moją nieobecność ! Alergię na buzi było widać przez tydzień. Krem wylądował w śmieciach, a ja mam wyrzuty do dziś.

W młodości używałam tylko kremu nivea, którego jednym z głównych składników jest euceryt. Euceryt jest alkoholem lanolinowym z wysoką zawartością cholesterolu, wykazującym niski potencjał alergiczny, a więc bezpieczny dla skóry. Krem Nivea wymyślił polski Żyd z Gliwic, Oskar Troplowitz. To on wynalazł też pastę do zębów, pomadkę do ust, białe pachnące mydło i plastry z opatrunkiem. Nie żyje już od ponad 100 lat, a jego krem w niemal nie zmienionym składzie nadal ma się dobrze i jest kremem najbardziej popularnym na świecie. Sprzedawany jest w 150 krajach świata, nawet w Zanzibarze i Papui-Nowej Gwinei. Niebieskie pudełeczko kremu Nivea nie zmieniło się od stu lat (na początku było żółte). Chyba każdy człowiek na świecie wie, jak ono wygląda.

Największa fabryka była w Polsce (choć siedziba firmy o nazwie Beiersdorf znajdowała się w Hamburgu) i oprócz kremu produkowano jeszcze inne wyroby. W czasie zawieruchy wojennej receptury przepadły. Jednak pracownicy z pamięci odtworzyli dość prosty skład kremu Nivea i kiedy po wojnie Polska w ramach odszkodowania wojennego otrzymała prawo do marki Nivea, znów ruszyła produkcja w poznańskiej fabryce. W 1997 Niemiecka firma Beiersdorf odkupiła jednak to prawo. Przy okazji opakowanie z tworzywa zastąpiono metalowym. A jednak najlepiej sprzedaje się to polskiego pomysłu, plastikowe niebiesko-białe:)

Pierwotnie euceryt pobierano z łoju z mieszków włosowych owiec. Potrzebny był do tego, aby związać czymś wodę, glicerynę, olejek różany i liliowy oraz kwasek cytrynowy, Potem okazało się, że dodatkowo euceryt tworzy na ciele warstwę, która zatrzymuje w skórze wodę, zatem wpływa na jej nawilżenie, wygładza zmarszczki i poprawia kondycję naskórka, stymuluje też produkcję lipidów. A ponieważ zawiera także panthenol to także łagodzi podrażnienia skóry. Nadaje się dla człowieka od pierwszego dnia życia do ostatniego.

Kogo interesuje porównanie kremu nivea z innym drogim kosmetykiem, zapraszam do przeczytania artykułu z LINKA

Dodam, że ten post nie jest sponsorowany i nie jest reklamą:) To mój osobisty subiektywny odbiór produktu i wyczytana ciekawostka.

Dziś cerę poprawiałam sobie na dworze, na świeżym wilgotnym powietrzu.




Owszem, padało, ale mam przecież kurtkę nieprzemakalną z kapturem i buty. To poszłam. Zresztą potem przestało padać, a potem znów zaczęło.
















Najprzyjemniejsze chwile spędziłam na granicy lasu i łąk, w pobliżu rzeki. Wrażenia fantastyczne. Cisza wokół, tylko donośny śpiew ptaków dochodził z lasu. Nade mną krążył bocian, coraz wyżej i wyżej, zataczał równe koła aż zniknął w przestworzach. Nisko z szumem skrzydeł przeleciały dwie białe czaple. Pod pobliskim krzaczkiem zatrzymała się mała myszka. Na brzeg rzeki podszedł młody sarni koziołek, rozejrzał się, zatrzymał na mnie wzrok... nachylił się i napił wody z rzeki. Chwilę jeszcze postał i powoli oddalił w głąb lasu. Tuż obok mojej głowy śmignął szybkim lotem zimorodek i usiadł w gęstej koronie niedużego drzewka. Jako, że "wystawałam" ponad powierzchnię łąki, jaskółki obrały mnie sobie za tyczkę do slalomu i podlatywały tak blisko, że gdyby nie ich szalona prędkość, mogłabym je głaskać w locie:)
Wkoło coś bzyczało i pachniało. Pokrzykiwania bażantów niosły się po okolicy.  To się nazywa luksus:)!

Piękna wiosna, piękny dzień, choć deszczowy. Dał siły do życia wielu roślinom, także tym moim na działce i w ogrodzie, z czego się bardzo cieszę. Wczoraj posadziłam dwie pęcherznice - żółtą i czerwoną - im deszcz także się przydał.







Jeśli nic się nie zadzieje złego, będzie urodzaj porzeczek.
Nie można tego być pewnym, ale ostatni przymrozek im nie zaszkodził. Niestety, niektóre  liście ogórków zżółkły od chłodu, jednak widzę, że nowe wyrastają zielone, może odbiją i nie będę musiała drugi raz sadzić sadzonek.

Kończy się weekend, pełen zwykłych i niezwykłych przyjemności. Do niezwykłych zaliczam wczorajszy całodzienny pobyt u mnie najmłodszej wnuczki,  14-miesięcznej. Cudowna kochana dziewczynka:) Pomogła mi podjąć decyzję: jutro wybieram się do sklepu kupić wszystkim moim wnuczkom rowery, w końcu za moment 1 czerwca:)

poniedziałek, 18 maja 2020

Bez granic

Wkrótce wreszcie otwarcie granic. Kto wie? Może jeszcze moje podróże macedońskie i rumuńskie dojdą do skutku ? O ile biura podróży nie splajtują do sierpnia. Tymczasem w ostatni weekend sama sobie przesunęłam granice możliwości i pojechałam na... granicę:) Wybrałam się na wschód, co częściowo opisałam TUTAJ. Zatem nie będę się powtarzać.

Z żalem stwierdzam, że nie ma tam klimatu wschodnich rubieży, jak na Podlasiu czy Polesiu, ale i tak fajnie było, nachodziłam się po łąkach, nad rzeką Bug, słuchałam ptasiego świergotu, podziwiałam widoki i zapomniałam o świecie. Co chwilę widziałam ciekawe miejsca lub krajobrazy.



  Cerkiew w Teratynie, gdzie zamieszkały jaskółki.


Czarnoziem Grzędy Sokalskiej (Wołyński Obszar Chroniony).






Pałac w Czumowie z izbą pamięci prof. Zina






 Kościół w Kryłowie




No i Hrubieszów z cerkwią, która nie mieściła mi się w kadrze - ma 13 kopuł!









Niżej: także w Hrubieszowie, kościół pw. Matki Boskiej Sokalskiej z cudownym obrazem



 Wśród pól w kępie drzew zapomniany (prawie) cmentarz.







Po drodze: cmentarze, gdzie w sąsiadujących rzędach leżą żołnierze polscy, rosyjscy, niemieccy i austriaccy. Po śmierci już im wszystko jedno.


 I na koniec miejsce  bardzo tragiczne. W tym grobie w środku lasu leży 60 Dzieci Zamojszczyzny zmarłych w transporcie do Rzeszy z obozu przejściowego. Cześć ich pamięci.