wtorek, 18 lutego 2020

Bal karnawałowy

Właściwie wszystko mi jedno czy karnawał trwa czy nie, i tak na tańce nie chodzę, a jak mi się chce potańczyć albo po prostu trafi się czasem rzadka okazja to na brak karnawału lub czas postu nie zważam. Jako niepijąca nie za bardzo lubię chodzić na imprezy, bo trzeźwy wśród nadużywających nie czuje się komfortowo, choć powinno być odwrotnie. Wszak to trzeźwość jest stanem naturalnym, a nadużycie jest wbrew naturze.  Wyznając takie stanowisko, nigdy na żadne bale nie chodziłam, z małymi wyjątkami...
Na pierwszy bal w dorosłym życiu poszłam z byłym mężem i dwiema zaprzyjaźnionymi parami.  Był niezbyt udany, już nie pamiętam szczegółów, więc jeszcze przed północą opuściliśmy lokal i przenieśliśmy się do mieszkania najbliżej mieszkających towarzyszy, aby dokończyć imprezę.  Tu już było znacznie lepiej, choć stanowiska sąsiadów w tej sprawie nie poznałam:) Zapamiętałam jednak bardzo dobrze tę noc, ponieważ, kiedy pieszo wracaliśmy do domu, koło siedziby jedynie słusznej partii zatrzymał nas patrol milicji, gdyż wykrzykiwaliśmy coś niecenzuralnego. Potem panowie skopali milicyjny radiowóz i do tej pory zachodzę w głowę, dlaczego nas do tej suki nie załadowali. Może kończyli zmianę i nie chciało im się pisać protokołu, a może wzruszyli się popłakiwaniem  koleżanki. Taki był finał imprezy.

Potem długo na bale nie chodziłam, choć inna  koleżanka udowadniała, że warto. Otóż ona zostala na bal zaproszona przez nowego narzeczonego, a kiedy już czekała na sali, okazało się, że towarzysz ją wystrychnął na dudka i nie przyszedł. Dla mnie już samo to, że umawiali się na sali, a nie przyjechał po nią karetą  zaprzężoną w kilkadziesiąt koni (mechanicznych) było podejrzane. Pomyślała jednak, że jak zapłacone, to chociaż spróbuje smakołyków i pokręci się w kółeczku na parkiecie i tam ją przydybał jakiś facio, któremu partnerka już na wstępie upiła się w trupa i spała na kanapie w szatni. No i w ten sposób moja koleżanka znalazła męża, są już od kilkunastu lat razem, dorobili się dwójki dzieci i psa, i żyją zgodnie i szczęśliwie.

Mimo to od bali trzymałam się z daleka, uznając, że nie dla mnie takie rozrywki.  Skusiłam się dopiero jakieś ... sześć lat temu. Organizatorem była firma, w której pracuję. Impreza była w eleganckim hotelu poza miastem. Wszystko (prawie)  mi pasowało, nawet towarzystwo nie nadużywało i zabawa była przednia i jedzenie dobre, więc nawet skusiłam się na mięsko czyli cielęcinę w truflach.  I to był wielki błąd. Dwa dni chorowałam, rzygałam jak 🐈 i okupowala!m łazienkę. Tak więc znów okazało się, że nie dla mnie bale. W tym roku też była podobna impreza, ale nietrafiony termin, bo w srodku tygodnia, a ja pracowalam, więc tylko zajrzałam na godzinę, zjadłam co nieco i o godzinie 22 już byłam w domu. Tej imprezy balem nazwać nie można.
Zdjęcie z netu

W tym roku jednakoż zostałam zaproszona na bal, który odbył się w ten weekend.  Cóż, pomyślałam (a zajęło mi to dwa tygodnie), do trzech razy sztuka, może czwarty raz się nie zdarzy, biorąc pod uwagę częstotliwość moich bali, trza zatem skorzystać. Był to bal dla osób prominentnych, znaczy się działających we władzy i koło władzy, lokalnie oczywiście. Suknię wybrałam w pięć minut, umówiłam fryzjerkę, zapakowałam dyżurne imprezowe pantofle i torebeczkę i w dzień balu pojechałam. Głodówki przedbalowej uskuteczniać nie musiałam, bo od kilku dni czułam jadłowstręt po jednonocnym rzyganiu w tamtym tygodniu spowodowanym nadużyciem czerwonych grapefruitow, za którymi przepadam i mogłabym żreć kilogramami. Jak się okazało - nie mogłam:) Poza tym rano byłam jeszcze w pracy, bo wypadł mi weekendowy dyżur, więc nawet nie miałam kiedy pomyśleć o jakimkolwiek posiłku. Wracając do balu i pomijając pospieszny bezpośredni okres przed - podjeżdżamy pod hotel, świecił się jak choinka, wielki i elegancki, widoczny na kilometr, aż łuna biła. Szatnia równie elegancka i sama sala też. No to wchodzimy na tę salę i chwila zawahania, bo myśleliśmy, że jakiś człowiek z obsługi będzie kierował, gdzie iść i gdzie siadać, nawet myśleliśmy, że miejsca będą wyznaczone. Nie były. Wtem z końca sali ktoś macha i woła: panie J. tutaj, tutaj! No to pan J. i ja idziemy. Oczywiście ja nie znałam nikogo, ale jak się okazało, pan J. także, poza wołającym i jakaś jedną kobitką osobiście nie znał pozostałych, a stoliki były ośmioosobowe.  Posiedzieliśmy z nimi jak na tureckim kazaniu do czasu, aż przyszli znajomi J. Nie jechaliśmy razem, bo oni z innej miejscowości i na dokładkę się spóźnili. Przeprosiliśmy towarzystwo i przenieśliśmy się do innego stolika, było ich o wiele więcej niż przewidziano dla gości, jak się potem okazało, więc ludzie się rozproszyli i było do niczego. Ale mniejsza z tym. No więc usiedliśmy z tymi znajomymi i postanowiliśmy coś zjeść. Był bufet. Hmmm... Taka elegancja francja, ale makaron w podgrzewaczach wyglądał bardzo podejrzanie. Nie tknęłam. Był jeszcze ryż z czymś, także podejrzany oraz warzywa na parze, które sobie nałożyłam, ryba duszona, bigos (nie tknęłam) oraz pieczeń wołowa, której plaster włożyłam na talerz (po sensacjach żołądkowych moje kwasy dopominały się białka, inaczej mogłabym się bez tej pieczeni obejść).  Była surówka z kapusty kiszonej,  ogórki i pomidory. Hmmm... a taki elegancki w wystroju ten hotel, spodziewałam się większej finezji kulinarnej... No nic. Warzywa okazały się zimne i nie dogotowane. Widać kucharz bal się, że rozgotuje i zdjął z gara w połowie surowe.  Lubię surowe, ale nie w połowie. Albo ugotowane albo surowe. Wołowina okazała się bardzo smaczna, ale także bardzo zimna, a ponieważ była w sosie to sami wiecie jak "apetycznie" wygląda i jak smakuje taki zimny sos.
Z dalszego jedzenia zrezygnowałam, bo dla mnie nie było tam nic ciekawego, a poza tym bufet stał na krótszym końcu długiej sali i chodzenie w sukni z talerzem w ręce przez pół kilometra wydało mi się niewygodne, krępujące i ... niegodne damy:) A ileż ten biedny J. mógł wziąć talerzy w dwie ręce? Sam musiałby wędrować co chwilę przynosząc coś dla mnie i dla siebie. A tak to przynajmniej chodziliśmy we dwoje:) Na przykład po kawę. Tu nie narzekam. Po ciastka. Eeee.... Tu się znów zawiodłam, bo były to typowe cukiernicze wyroby pełne żelatyny i oleju palmowego, tak jakby nie mogli pójść do pierwszej lepszej piekarni i kupić tzw. ciasto domowe, które w tej części Polski jest bardzo popularne i przepyszne. Minęła godzina od naszego przyjścia. Kolega J. już się nawalił, na co jego żona zareagowała kompletnym wycofaniem i przestała się odzywać.  Minęło dalsze pół, kiedy pojawił się DJ i włączył muzykę. Huknęło z głośników, uniemożliwiając całkowicie jakąkolwiek wymianę zdań. Z uprzejmości starałam się utrzymać miły uśmiech na twarzy, ale już mnie mięśnie bolały. J. robił co mógł, aby podtrzymać miły nastrój przy stole, ale nawet on nie miał zatyczek do uszu:) Jedynym wyjściem było ruszyć na parkiet.  Mijał utwór za utworem, a wszystkie w stylu disco i techno. Może wczoraj był bal dla nastolatków i tak mu zostało, pomyślałam? Po 30 minutach, bez szansy na spokojny wspólny taniec, wróciliśmy do stolika. J. przyniósł mi talerzyk pełen owoców, nie zwierzałam mu się z moich sensacji sprzed balu, damie nie wypada he he, więc nie wiedział, że sam widok grapefruita do szczętu zepsuł mi nastrój. Pogrzebałam więc w tym talerzyku wyjadając kawałki banana pełnego potasu i nagle J. pyta " wyjdziemy na papierosa?" Ja nie palę, on też nie, o co chodzi? Aaaa.... domyśliłam sie, że  to taki kamuflaż, w końcu obok siedzą ci znajomi... Wyszliśmy na zewnątrz. J.  mówi: myślisz, że nie zastawili nam auta na parkingu,?  Mam nadzieję - odpowiadam i zgodnym krokiem ruszyliśmy do samochodu.  Siadłam za kierownicę, bo J. pił jakieś drinki i tak po angielsku skończyliśmy nasz bal:) Pojechaliśmy do restauracji na Starówce. Ratusz był pięknie oświetlony, przeszliśmy się w naszych wieczorowych strojach po wąskich uliczkach. Zjedliśmy pyszną gorącą kolację. Wieczór został uratowany.
Nigdy więcej żadnego balu:)

Poniedziałek miałam wolny, więc jadąc do domu zrobiłam sobie wycieczkę nakładając kilkadziesiat kilometrów i zahaczyłam o granice Roztocza zwiedzając trzy miejscowości. Napiszę o tym następnym razem. W domu byłam o zmierzchu. Dziś wreszcie się wyspałam i z zadowoleniem patrzę przez okno na wiosenną słoneczną pogodę pełną świergotu ptaków.


piątek, 14 lutego 2020

Antywalentynkowo:)

... żeby nie było za słodko:)







Śpiewa. Mój. Ukochany. Wykonawca. Kortez:) Geniusz nastroju.
Udanych walentynek :)))

piątek, 7 lutego 2020

Moja torebka

Mam dużo torebek.Nie mam torebki.
Nie wiem, jakie torebki lubię.
Nie lubię torebki dużej.
Potrzebuje wielkiej torebki.
Fajne są małe torebeczki.
Denerwuje się, że torebka jest za mała.

Wszystko co napisałam to prawda. Jedno z drugim się nie wyklucza.  Był taki moment, że nie miałam torebki ani małej ani dużej. Wykończyły się, powyrzucałam.  Poskarżyłam się synowej i u niej w sklepie kupiłam dwie duże torby. Takie, żeby się mieścił format A4 albo dwa litry mleka, chleb i kilo owoców:) jedna ciemna, druga jasna. Potem gdzieś jeszcze nabyłam jedna imprezową,  przydała się na wesele i przyda na nadchodzący bal. W lecie kupiłam kilka małych.  I któregoś lutowego dnia będąc w sklepie ze zdrową żywnością skusiłam się na słój miodu. Podzieliłam się z córką, a resztę do torby i do domu. No i... Upaćkałam torbę od środka miodem, który pociekł po słoju, czego nie zauważyłam. Torba poszło do czyszczenia, a ja do szafy w poszukiwaniu zamiennika. No i nie ma. Jest torba biała, jest turkusowa, jest gobelinowa, są inne, ale żadna nie pasuje i są za małe, takie letnie bardziej. Jest duża beżowa. Nie pasuje do niebieskiej kurtki i czarnych botków. Lipa. Poszłam więc kupić sobie torebkę. Od pewnego czasu nie kupuje z prawdziwej skóry, bo są wieczne, a ja nie chcę, żeby torebka mnie przeżyła. Poza tym skórzane brzydko się starzeją, więc ja i ona wyglądałybyśmy w pewnym momencie dość żałośnie. Wolę od czasu do czasu mieć nową torebkę. No więc szukam i szukam ... I nic. W końcu patrzę... To ona. To nic, że za mała. To nic, że znów żakardowa. Nie szkodzi, że bez paska. A4 się nie mieści, a co tam! Oto ona;)))


Tylko szkoda, że nie w kotki....

Jutro pójdę sobie kupić torebkę. Bo ta nowa też mi nie pasuje do zimowej kurtki. Co innego wiosną, gdy włożę biały płaszczyk i czarne spodnie rurki lub wąska spódnicę... Eh....

Bo u mnie za moment będzie wiosna, już nawet forsycje zakwitły:)


Pozdrawiam serdecznie:)