poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Kiedy zacznę być stara?

Moja 4 letnia wnuczka tłumaczy: najpierw człowiek jest dzidziusiem, potem dzieckiem, potem dorosłym, a potem starą babcią. Zaniepokojona pytam: a ja kim jestem? No i usłyszałam: no, starą babcią.  Ale ja się wcale nie poczuwam:) Mam dopiero 57 lat:) Cóż. .. zaczęłam się zastanawiać i doszłam do nieciekawych wniosków. Internet nie pozostawia złudzeń. Gdy mowa o seniorach, dotyczy to osób po 50-tce i dominuje temat chorób i utraty sprawności. Ale ja na nic nie choruję i jestem sprawna fizycznie. Nie interesują mnie tematy wizyt lekarskich, kolonoskopia i utrata pamięci. Zawarte w poradnikach propozycje aktywności pasują 80-latkom. Bez trudu potrafię przejść kilkanaście lub nawet ponad 20 km dziennie przez parę kolejnych dni pod rząd (jak ostatnio w Tatrach) albo w sobotnie lub niedzielne przedpołudnie pół dnia przekijkować, abo zrzucić tonę węgla do piwnicy, albo w sezonie pracować całymi dniami na działce, albo pół dnia ciąć drewno piłą spalinową, albo godzinę skakać na trampolinie z dzieckiem, albo przejechać 700 km autem, albo... albo... I nadal mam się dobrze. Na nic się nie leczę, nic mi nie dolega, mam w planie w czerwcu przejść pieszo Podkarpacką Drogę Św. Jakuba, zaczęłam naukę rosyjskiego (a właściwie to przypomnienie sobie języka znanego perfekt w młodości - okazuje się, że dużo pamiętam), w czerwcu zacznę nowy kurs zawodowy... W żaden sposób nie czuję się ułomna ani fizycznie ani umysłowo. Żyję swoim życiem i mam plany na przyszłość, nie mam nadwagi, nie mam depresji ani problemów emocjonalnych, nie siwieję, chodzę na obcasach i w krótkich (choć nie mini) sukienkach.

Przyznaję, że wiele moich znajomych w podobnym wieku to babcie. Niekoniecznie z wnukami. Raczej babcie mentalne. Zmęczone. Seks ? A co to ? Wycieczka ? A po co ? Telewizja, ukryta prawda, m jak miłość - i te sprawy są na porządku dziennym. Zagrożone utratą pracy, bo młodsi umieją więcej, ale one same już się niczego nie chcą uczyć, bo podobno "pamięć już nie ta".  Płaski but, bo nogi puchną, bezkształtna bura czapka, ciemny płaszcz, ciemne buty, ciemna spódnica, gruby sweter (bo szybko marzną). Najgorsze są te, co mają w domu mężów. Te samotne jeszcze czegoś chcą od życia. Może to takie kobiety po 50-tce są typowe ?

A ja ? Jestem wyjątkiem czy potwierdzam regułę ?


Obraz namalowany przez moją 3,5 letnią wnuczkę pt. "Pożar" Oprawiony wisi na ścianie:) Dla mnie on jest piękny:)

piątek, 9 marca 2018

Awantura o handel

Oto nadchodzi pierwsza niedziela bez handlu. Nie ekscytowałam się tym tematem - czy nie mam ważniejszych spraw na głowie ? Jakoś tak jednak się zgadało w towarzystwie i rozpętała się dyskusja. Oto bowiem ja w handlu nie pracuję, więc ustawa mnie nie dotyczy. A pracuje co najmniej dwie niedziele w miesiącu i nikt mnie z tego nie zwolni. Córka też pracuje w firmie, która wymaga pracy w niedzielę. Na dokładkę w związku z zamknięciem w niedzielę sklepów firmowych, wydłużono im czas pracy w święto do 10 godzin, bo klienty będą się wściekać i wydzwaniać z pretensjami. Koleżanka zatrudniona w internetowym sklepie AGD też pracuje w niedzielę. Nie mówiąc nawet o innej koleżance, która prowadzi usługi, z których klienci chcą korzystać przede wszystkim w niedzielę,  gdyż wtedy mają  czas. Jest bardzo wiele zawodów, które wymagają pracy w święta i niedziele i jakoś nikt z tego powodu nie tragizuje. Po co zatem ten hałas o pracę sprzedawców w dzień świąteczny? I tak mają  lepiej niż ja, bo nie pracują w Nowy Rok, Wielkanoc, Boże Ciało, 1 listopada i Boże Narodzenie. A ja pracuję. I sprzedawcy na stacjach benzynowych. I wiele innych osób. I wcale nie mówię  o strażakach, policjantach czy lekarzach.
Z drugiej strony... Nie chciałabym zrezygnować z pracy w dni świąteczne. Dzięki temu nie muszę brać urlopu w te dni, kiedy potrzebuje coś załatwić w urzędzie albo więcej popracować na działce albo pomóc przy wnuczce. W niedzielę jest mniej pracy niż w dni robocze, więc na tym korzystam nie przepracowując się :) Biorę pracę od 17.00, więc większość dnia i tak mam wolne. Odebranie mi tych niedziel trochę skomplikowałoby mi życie.
Czy sklepy zamknięte w niedzielę to dla mnie kłopot ? Czasem zaglądałam do marketu przed pracą, po mleko do kawy, po coś słodkiego. Albo po pracy - po karmę dla kotów:) Tak więc  zakaz pracy sklepów w niedzielę ani mnie nie ziębi ani nie grzeje. Jest mi to obojętne.
Nie uznaję argumentów, że sprzedawcy będą mieć czas na kościółek i wypoczynek. Nie będą mieć, bo to przede wszystkim kobiety. To co robiły w wolnym dniu - pranie, gotowanie i odpoczynek od dzieci, co poszły do szkoły, będą realizować w niedzielę. Kobiety ani na chwilę nie odpoczną w ciszy od swoich dzieci ani też nie poświęcą im więcej czasu, bo będą zajęte odkurzaniem i gotowaniem obiadu na cały tydzień. To mężowie będą mieć wolną niedzielę, bo "matka w domu". 
Tak więc kompletnie nie rozumiem, po co ten cały wrzask i ustawa.


niedziela, 21 stycznia 2018

Byłam u lekarza. U lekarzy.  Pójść do jednego to za mało, jak się okazuje.
Ze służby zdrowia korzystam raz w roku i to zazwyczaj z byle czym, czasem pójdę też na jakieś badanie kontrolne. To mnie kosztuje ponad 6000 rocznie składki zdrowotnej.
Tym razem straciłam głos, a zyskałam okropny ból gardła i głowy. Trzy dni leczyłam się sama, w końcu stwierdziłam, że nie ma co - trzeba szukać fachowej pomocy. Do laryngologa najbliższy numerek za kilka dni, więc zrezygnowałam z wypasionej prywatnej poradni na rzecz malutkiej osiedlowej przychodni i zarezerwowałam wizytę u lekarza ogólnego. Pani doktorka obejrzała i stwierdziła, że jak na jej oko, to mogę mieć zatoki chore, a gardło to już naprawdę... strach patrzeć, spuchnięte, czerwone i krtań w stanie bardzo kiepskim. Trza do laryngologa, żeby zatoki prześwietlić. No to mówię, że za trzy dni dopiero, więc pani dała czterodniowe L4 na przeczekanie do wizyty u laryngologa i kazała leżeć, płukać gardło, psikać w zatoki, a jak w dwa-trzy dni nic się nie poprawi, to wziąć antybiotyk. Nie od razu, bo może specjalista będzie miał jakieś inne zalecenia.  I dała receptę. Poszłam do domu i dwa dni zaległam pokotem. Ból gardła spowodował, że nic nie mogłam przełknąć, zresztą i tak dostałam jadłowstrętu, jak to u mnie w chorobie bywa. W nocy budziłam się z bólu krtani (czy czego tam w gardle), trzymałam więc termos z ziółkami przy łóżku i raczyłam się co dwie-trzy godziny. Minęły 3 dni i nastał dzień wizyty u laryngologa. Zapisałam się na podstawie abonamentu pracowniczego w największej (i podobno najlepszej) poradni w mieście. Ledwo się dowlekłam, bo mnie nieco choroba i przymusowy post osłabiły, na dokładkę zapomniałam termosu z ziołami i ledwo co przełykałam ślinę, tak mnie zatykało. Pani laryngolożka w wieku około lat 30 wysłuchała listy moich dolegliwości, zajrzała mi w gardło, w uszy i zapytała: a właściwie, to po co pani przyszła, przecież pani ma zdrowe gardło. Sądziłam, że się przesłyszałam. Czyż nie słyszy, jak mówię ? A ona na to: taki ma pani głos, to tak pani mówi. Doktorko, toż ja ledwo ślinę przełykam, tak mam ciasno w gardle. I przecież pani słyszy, jak kaszlę. I nie śpię po nocach z bólu wyschniętej nadwyrężonej krtani. A ona na to: przesadza pani. Jest pani zdrowa, cieszyć się trzeba. A moje zatoki ? - pytam. A pani beztrosko: jak głowa przestała boleć, to znaczy, że wszytko w porządku. No to dziękuję za wizytę i jak się pani pogorszy, to proszę przyjść. No i proszę sobie na noc wziąć coś na sen. Przez chwilę zastanawiałam się, czy jestem w jakiejś ukrytej kamerze, a może za laryngolożkę podszyła się jakaś sprzątaczka albo co...? Osłupiała wyszłam z gabinetu, usiadłam na krzesełku w poczekalni i zastanawiam się, co z tym fantem zrobić. Tłumek w poczekalni się kłębi, ale ... pod innymi drzwiami. Do "mojej" lekarki nie ma nikogo. O żesz! Chyba trafiłam na "specjalistę", ale od siedmiu boleści ! W mojej ocenie, nie nadawałam się do pracy z tak ostrymi objawami. Pomyślałam chwilę i pojechałam do osiedlowej poradni. Lekarki, która przyjmowała mnie wcześniej akurat nie było, zapisałam się do pierwszej wolnej. Udałam głupiego i powiedziałam, że byłam już raz, a teraz przychodzę kontrolnie dopytać się, czy mam brać ten antybiotyk czy nie, bo jednak wcale mi nie lepiej ? O laryngolożce nawet się nie zająknęłam. Pani zajrzała w gardło, poświeciła latarką, pokręciła głową i powiedziała, że jest stan zapalny o podłożu bakteryjnym i jak najbardziej nie czekać, tylko wziąć zapisany antybiotyk. Do tego dała mi dwa "robione" na zamówienie płyny do płukania, kazała ogrzewać szyję, pić ciepłe ziółka, skoro przynoszą ulgę, robić sobie inhalacje, spać w czapce i stosować różne babcine sposoby na podniesienie sobie komfortu chorowania i absolutnie nie chodzić do pracy aż do przyszłego poniedziałku, bo szkoda zdrowia. Wszystkie zalecenia realizuję:) Już po dwóch tabletkach antybiotyku poczułam wielką ulgę w gardle i i mniejszy wyciek z zatok. Dziś była pierwsza cała przespana noc od tygodnia. Mam nadzieję, że tydzień wystarczy na doprowadzenie się do stanu używalności.
Tym oto sposobem, zamiast jednej wizyty rocznie, mam już trzy zaliczone w nowym 2018, a nawet styczeń jeszcze się nie skończył:)
Gdy zwierzyłam się koleżance pracowej ze swoich przeżyć, odrzekła zdziwiona, że nie chodzi się chorym na wizyty abonamentowe, gdyż lekarz ma interes w tym, żeby NIE DAĆ  zwolnienia, zamiast je DAĆ. Podobno poziom wynagrodzenia w tej prywatnej przychodni za wizytę dla lekarza, gdy nie daje zwolnienia jest większy, niż dla tego, co je wypisuje. To ja bardzo przepraszam - nie wiedziałam, że o mojej chorobie świadczy stawka za wizytę, a nie objawy tej choroby! Już ja tej pani laryngolożce zrobię "reklamę"! A co ? Może mój pracodawca sobie myśli, że w ten sposób uleczy swój personel ? Słaba metoda. Około 20% stanu pracowniczego jest na zwolnieniu. I obiecuję, że od teraz przy każdej najbliższej okazji choroby, nie będę się podpierać nosem, tylko będę brała zwolnienie, ile dają, ale nie w przychodni abonamentowej:)
A jak jeszcze raz usłyszę, że młodzi lekarze mają jakieś wymagania, to im sama powiem, żeby się wypchali. Najpierw niech się nauczą leczyć, niech się nauczą, co to jest etyka lekarska, a dopiero potem niech mają jakiekolwiek roszczenia. Ja, jak zaczynałam pracę, to też startowałam z najniższej stawki, jak każdy. Mistrza czyni doświadczenie, w każdym zawodzie.