niedziela, 17 listopada 2019

"ona terz bychciała"

Biegając po YT natknęłam się na piosenkę pani Steczkowskiej, którą zaśpiewał w programie telewizyjnym jakiś chłopak. Dotarłam do oryginału sprzed lat i.. ludzie, a ja uważałam, że najlepszą polską balladą jest "Zawsze tam gdzie ty" śpiewana przez Lady Punk! Odszczekuję. Najlepszą polską balladą jest poniższy utwór "Wracam do domu". Ja tam za bardzo wrażliwa nie jestem, ale po wysłuchaniu zakończyłam tak samo, jak śpiewająca pani Steczkowska:) Choć bez żadnych konkretnych podtekstów, ot, tak sobie:)


A dlaczego uważałam przez lat ... dwadzieścia prawie, że to jednak "Zawsze, tam gdzie ty "? A bo z tą piosenką wiąże się pewna romantyczna historia:) X lat temu przez raczkujący internet (kto jeszcze pamięta czaty ???) poznałam największą miłość mojego życia czyli MMŻ. Taka miłość, co to dla ukochanego można nerkę oddać w razie potrzeby, bez zastanawiania się. Od razu wiedziałam, że to beznadziejna sprawa, ale on był bardzo konsekwentny i uparty i tak zeszło nam ponad siedem lat razem :) Ale wyprzedzam fakty. Wtedy mieszkaliśmy na dwóch przeciwnych krańcach Polski. On dużo-dużo młodszy, ja po rozwodzie i z dziećmi...  gdzie tu szansa na związek. Przez rok trzymałam go na dystans, rozmawialiśmy tylko przez telefon i pisaliśmy listy, takie prawdziwe, papierowe. Mam je do dziś zapakowane w duże pudełko razem z wszelkimi innymi pamiątkami od niego, w tym także  pachnącą nim koszulę:) No i po tych kilku miesiącach tak między nami wirtualnie iskrzyło, że cud, iż telefony nie spaliły się od tego:) I którejś nocy, on, beztalencie muzyczne, z uchem nadepniętym przez słonia, zaśpiewał mi przez telefon "Zawsze tam gdzie ty", w całości:) To był jeden jedyny raz, kiedy cokolwiek zaśpiewał - on nie śpiewał nawet pod prysznicem ani po goleniu:) Niedługo potem sprowadził się do mojego miasta i tak został na te kilka lat... Rozstanie było bardzo emocjonalne, pełne różnych dziwnych wydarzeń, książkę by można napisać. Pozostajemy w nieregularnym kontakcie. On po roku od rozstania i wyjazdu ożenił się, ja miałam już kogoś innego, ale na krótko. Po czterech latach swojego małżeństwa znów zaczął się ze mną kontaktować, ale trzymałam go z daleka, wiadomo, dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Przez dwa lata dzwonił regularnie, wystarczyłoby jedno moje słowo, aby znów się zjawił, w końcu mu zakazałam nawet sms-ów, ponieważ poznałam wtedy A. No i z A. pewnie bylibyśmy parą do tej pory, jakby nie pojechał do pracy za granicę. Ze mnie żadna Penelopa i go zostawiłam, po dwóch czy trzech propozycjach powrotu do siebie A. przestał się odzywać i mi ulżyło, bo z natury pojedynczy ze mnie człowiek:). A MMŻ w tym roku znów sobie o mnie przypomniał, ale już nie tak intensywnie, dzwoni lub sms-uje po koleżeńsku niby, ale wciąż nawiązuje do przeszłości. Jest rozwiedziony, znów wyjechał do innego miasta, poznał jakąś kobitkę i mają wspólnie dziecko. Nie ożenił się. Pół czasu spędza w Polsce, pół za granicą i mówi, że nie narzeka. Z perspektywy czasu oceniam, że związek z nim był najbardziej emocjonalny, gorący i to była chyba ta prawdziwa miłość. Jednak najbardziej mi odpowiadał związek z A., gdyby tylko mu się nie chciało do pracy za granicą. Rok poczekałam, potem mi się odechciało.
No i tak to. Ale sentyment do "Zawsze tam gdzie ty" nadal mam:)
Dość wspomnień. Teraźniejszość też mi pasuje, ma wiele zalet, w tym ta jedna ważna, że nikt mi głowy nie zawraca i żaden facet nie kręci się po domu:)

Przy sobocie zabrałam się w dalszym ciągu za robótki działkowe. Bo pogoda taka piękna, więc postanowiłam zająć się wycinaniem malin. Zawsze robiłam to wczesną wiosną, ale podobno to błąd, lepiej to zrobić jesienią, a nawet najpóźniej do stycznia. No to zdecydowałam, że teraz.


Chodzi o te malinowe chaszcze, co są na pierwszym planie. W połowie już po nich. Ostatecznie mam czas do stycznia hi hi:) Reszta działki uprzątnięta i przekopana. Z boku został stos usuniętych chwastów i resztek z warzywnika, ale podpowiedział mi ktoś, że na takim stosie, lekko podsypanym wiosną ziemią oraz nakrytym włókniną można posadzić dynie. One na tym wyrosną, a oszczędzi się miejsce na warzywniku. Ciekawe, czy to prawda. W necie szukam i faktycznie piszą, że można na kompostowniku, ale to właściwie nie jest kompostownik, tylko złożone resztki... Ojtam, mogę spróbować, co mi szkodzi, na decyzję mam jeszcze pół roku:)





Tak jakoś mgliście się na świecie zrobiło rankami, ale nawet mimo to nie myślałabym o zimie, jakby nie fakt, że zostałam zaproszona wraz z rodziną na Wigilię. I zdałam sobie sprawę, że to już za miesiąc. Skończą się rowerowe przejażdżki, nawet te krótkie, muszę wykorzystać jutrzejszy dzień, bo potem może nie być okazji.

A skoro zima, to trzeba pomyśleć o przyszłorocznym lecie. Na marzec mam wykupione wczasy w Turcji. Po namyśle, zafundowałam sobie wyjazd do Macedonii w sierpniu i do Rumunii we wrześniu. Ręka mi drżała, jak płaciłam zaliczki, bo w końcu trzy razy wakacje zagraniczne, a jeszcze i w Polsce bym chciała popodróżować choć z tydzień, w sumie to kupa kasy, ale w końcu raz się żyje, a kupuję za swoje zarobione pieniądze, to kto mi zabroni.

Z dobrych wieści: pochwalę się, że wraz z awansem stanowiskowym otrzymałam podwyżkę finansową, nie jakąś ogromną, ale jak na nasze firmowe warunki, to nawet ujdzie. Lepsza taka niż żadna. I podwyższono mi tytuł zawodowy, mogę sobie teraz na wizytówce pod  nazwiskiem dopisać "specjalista" he he:) Pomogły Wasze życzenia i kciuki:)

No to skoro już się pochwaliłam, to mogę wrócić do lektury. Czytam trzeci tom książki "Pochyłe niebo" Ewy Cielesz, świeżynka wydana w październiku tego roku. Polecam fankom literatury obyczajowej. Czasem mnie bohaterka wkurza, pewne niesamowite zbiegi okoliczności dziwią, ale książkę czyta się lekko i bardzo wciąga. Dobra rozrywka na jesienne długie wieczory. Przed godziną 2.00 nie ma szansy, abym poszła spać:) Zrobił się ze mnie "nocny marek".

ps. Pewnie zdziwieni, skąd taki tytuł posta ? :) Ja też jestem zdziwiona:) Po tych słowach kluczowych w tym tygodniu ktoś czterokrotnie znalazł mojego bloga. Zaręczam, że takich słów w moich postach NA PEWNO nie ma, więc ... ??? :))

niedziela, 10 listopada 2019

Z podróży

Długi weekend mam od dziś, więc o 6.00 rano wyruszyłam w podróż.


Pociągiem. A tak pomyślałam, że te 600 km w jedną stronę to będzie mi wygodniej niż prowadzić auto, choć lubię jeździć samochodem. Autem byłoby sto km mniej. Pierwsze dwie godziny przespałam. Potem zajrzałam na blogi, bo ostatnio bardzo się w tym temacie zaniedbałam.  Mam też do czytania książkę, bo moja podróż skończy się o 13.00.
Pociąg czysciutki, cichutki i w 6-osobowym wagonie trzy osoby. Komfort jazdy zapewniony. Bilet kupiony w necie, już od dawna nie kupuję biletów w kasach dworcowych. Tylko wersja elektroniczna, szybko, prosto i wygodnie.  Wiozę torbę własnych przetworów dla córki, nalewkę dla zięcia i dwa pudełka z zabawkami dla wnuczki. I ze dwa kilo owoców egzotycznych, bo Mała nie je słodyczy. Papaja, kiwano, mango, jadalne kasztany czyli to, czego raczej na co dzien się nie kupuje. 
Wyglądam sobie przez okno i podziwiam krajobrazy. 


Tam, gdzie linia lasu jest bliżej torów, złoto liści cieszy oczy. Nie było jeszcze przymrozków, więc drzewa mienią się kolorami, szczególnie brzozy o białych błyszczących pniach. Jest naprawdę pięknie. Przejeżdżam przez tereny nizinne, więc horyzont odcięty od nieba jak od linijki. Pola brązowe lub zielone od rzepaków i ozimin. Nie widać ludzi, ale to nic dziwnego, w końcu mamy niedzielę, środek weekendu. Okazja, aby dłużej pospać. I mnie kołysze do snu lekki szum i kolebanie się wagonu, chyba się jeszcze zdrzemnę...
Miłego weekendu, cokolwiek robicie. No właśnie, a co robicie w ten weekend?

środa, 6 listopada 2019

Nie mów mi: kierowniczko

No koń by się uśmiał.


Otóż zostałam kierowniczką. Kierownikiem. Panią kierownik. Supervisorem. Jak zwał, tak zwał, ale wstąpiłam na wyższy stopień wtajemniczenia i awansowałam pionowo, choć jest to stanowisko najniższego szczebla kierowniczego. Bo u nas są także awanse poziome i tu już nie miałam pola do popisu, bo przede mną już ściana, koniec poziomu. No to se poszłam w pion cha cha cha... Nie było tak prosto. Trzeba było pójść w konkursy. Konkurenci byli mocni. Z grupy chętnych dopuszczono do ostatniego etapu kilka osób. Każdy z osobna stanął przed obliczem kilkuosobowej dyrekcji (komisji konkursowej) i musiał się produkować na różne tematy. To było już ze trzy tygodnie temu.  Tak mi się zdawało, że wypadłam nieźle, ale potem, jak ochłonęłam, zaczęły mi przychodzić do głowy pomysły, którymi nie podzieliłam się na konkursie i pomyślałam, że chyba jednak wyszło skromnie. Miało być jeszcze spotkanie z najgłówniejszym dyrektorem.
Wyników nie ogłaszano przez dwa tygodnie, spotkania z dyrektorem także, więc powoli zapominałam, że startowałam na inne stanowisko. I nagle niespodziewanie tydzień temu, jeszcze nawet torebki nie odłożyłam na fotel, kiedy wezwano mnie przez oblicze i oznajmiono, że wybór dokonany: Pirania zmieniasz stołek. Hurrra!!! Potem mnie zgaszono: ale wiesz, że to bez podwyżki ? I znów dano nadzieję: ale zadania premiowe masz o połowę mniejsze. Ok...
Mimo to, napisałam kwita o podwyżkę w związku ze zmianą stanowiska. Może się uda ? I o zmianę tytułu zawodowego na bardziej prestiżowy:)
O wyborze mojej osoby zdecydowało kilka argumentów, które mi przedstawiono, w tym bardzo dobra prezentacja na konkursie (a jednak:), poza tym jednym z nich była sytuacja z lata tego roku. Otóż zaistniał taki problem, że trzeba było zrobić pewną robotę, co do której nikt nie miał pojęcia, jak to ugryźć, jak się za to wziąć i nie wiadomo było, co z tego wyjdzie. Mimo, że wiele osób jest z wykształceniem kierunkowym, z zakresem obowiązków zbliżonym do owego zadania, to nikt się nie brał za robotę i tak sobie leżała. I dyrekcja pisze do mnie: może ty, Pirania ? Trzeba przypomnieć, że Pirania w zawodzie jest samouk i nie ma kierunkowego wyższego wykształcenia. A mimo to, rzekłam: spoko. I zrobiłam. I to uznano mi za dodatkowy argument. Miło.

Awanse są u nas ogłaszane w drodze elektronicznej poprzez wysłanie wiadomości do każdego. I tak też się stało. Potem zaczęłam otrzymywać wiadomości z gratulacjami, nawet sporo tego było.
A teraz zgadnijcie, od kogo nie otrzymałam słowa poparcia i wsparcia oraz najmniejszego słówka z gratulacjami ? Od konkurentów. Według moich zasad etycznych, w pierwszej kolejności jako konkurencja pogratulowałabym wygranemu, tak jak ja im podziękowałam za wspólną "walkę". Nie otrzymałam też słówka komentarza od koleżanki z innego działu, osoby, którą naprawdę uważałam za koleżankę. Nawet do tego stopnia, że swego czasu ze dwa razy czaiłam się na przeniesienie do tamtego zespołu, ale zraziła mnie atmosfera i brak możliwości rozwoju. Czasem chodziłyśmy na kawę, umawiałyśmy się na ploty i godzinami rozmawiałyśmy przez telefon. 
Nie należy uważać, że oczekiwałam gratulacji i że to dla mnie było takie ważne. Wręcz przeciwnie. Były one miłą niespodzianką. Kiedy jednak zliczyłam maile i sprawdziłam, kto wysłał, to mi się nasunęły pewne wnioski: ludzie chyba są zawistni. 
Nic to. Wczoraj był mój ostatni dzień  w pracy na dotychczasowym stanowisku. Kilka dni się będę wdrażać, a od 15 listopada siadam do samodzielnej pracy na wygranym stołku. Mam stres, bo na swojej zmianie będę zarządzać kilkudziesięcioma osobami. Oczywiście mam nad sobą jeszcze główniejszego kierownika, któremu będę podlegać, ale tak się utarło, że każdy trzyma ład i skład u siebie, a ten główniejszy wchodzi do akcji tylko w krytycznej sytuacji. No, to zaczyna się nowa era w mojej pracy zawodowej:)