piątek, 5 stycznia 2018

Taka sytuacja. Jest nas pięcioro. Ot,  znajomi zebrani w jednym miejscu. Jedni bliżsi, drudzy dalsi. Na początku wszystko ok, ale  w pewnym momencie jedna para (gospodarze) zaczyna się kłócić o tylko sobie znany drobiazg - ta para, z której bardzo dobrze znam żonę, a męża... tylko tak sobie. Coś sobie zarzucają, spór jest o coś bardzo oczywistego i nie trzeba nawet znać sprawy, żeby wiedzieć, że rację ma żona. Wychodzą do drugiego pokoju i kontynuują. Ona coś po cichutku tłumaczy, on coraz bardziej podnosi głos, w końcu wrzeszczy. Słychać słowa: suka, wyje...ana, wyrodna, popier...lona i inne tego typu. Głos nakazująco-rozkazujący, chce coś na niej wymusić, choć nie ma racji. Jak policjant wobec skazanego. Zresztą jest policjantem śledczym. Chwilę tego słuchamy, my - pozostała para i ja. Oni wbili wzrok w podłogę. Jedna fala agresji przeszła, pół minuty ciszy, ale jeszcze nie wzięłam głębszego oddechu, jak nadeszła druga. Do tamtego pokoju niepostrzeżenie wchodzi dziecko. Nie uspokaja to męża, nie zwraca uwagi na malucha. Wyzwiska lecą jedno po drugim.
Nie wytrzymałam. Poszłam tam. W pierwszym zdaniu spokojnie poprosiłam o opanowanie się. Mąż tylko spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem. W drugim zdaniu zwróciłam uwagę, że obok stoi dziecko z ustami w podkówkę, matka próbuje je uspokoić tuląc do kolan, ale ono i tak bezgłośnie płacze. Facet odwraca się wściekły i wrzeszczy: Co się wtrącasz ? Wy... laj stąd natychmiast!
Teraz już naprawdę nie wytrzymałam. Wyszarpnęłam dziada do kuchni i zdecydowanie dobitnym głosem stwierdziłam, że nie ma się ważyć tak pomiatać swojej żony, znęcać się na niej psychicznie i zachowywać agresywnie wobec niej i dziecka. W oczach miałam pioruny, z nadmiaru adrenaliny aż głos mi się łamał, ale nie odpuszczałam i powiedziałam, co sądzę o tym, co zobaczyłam oraz co sądzę o nim, a także zauważyłam, że wiem gdzie pracuje i jakie mam prawa i obowiązki widząc nadużycie siły . Reakcja była natychmiastowa. Zostałam obrzucona stekiem wyzwisk, zarzutami tak absurdalnymi, że aż można byłoby się z tego pośmiać, jakby nie groza sytuacji. Wyśmiałam go w dwóch zdaniach i wróciłam roztrzęsiona do salonu. I co ? Zostałam zbesztana przez siedząca tam parę, że się wtrącam w sprawy małżeńskie ! Nie mogłam wprost uwierzyć ! On potępiał mnie wzrokiem i pewnie w duszy, bo nie powiedział ani słowa, ale też nie stanął w mojej lub naszej gospodyni obronie. Ona natomiast w długim monologu typu masło maślane przekonywała mnie, że nie wolno tak reagować, że oni się pokłócą i pogodzą, a nam nic do tego. Że widać tak u nich jest i nie wolno się wtrącać w sprawy rodzinne oraz rozstrzygać ich sporów. Słuchałam tego parę minut bez słowa i z najwyższym zdumieniem.
Dla mnie to nie było wtrącanie się. Nie rozstrzygałam żadnego sporu, wcale się w przedmiocie sporu nie wypowiedziałam. Zareagowałam na agresję i znęcanie się psychiczne. Moim zdaniem stanęłam w obronie zaatakowanej żony i dziecka. Jakbym na ulicy trafiła na taką sytuację, także bym zareagowała. Nie był istotny powód kłótni, stopień znajomości, ale wystąpienie stanu, którego nie mogłam tolerować. Sama przed wielu laty byłam obiektem agresji w rodzinie, na szczęście od 18 lat to już przeszłość. Nie zamierzam tolerować w swoim otoczeniu osobników, którzy pomiatają innymi. Ta nieprzyjemna sytuacja i brak poparcia nie wpłynęły na moje stanowisko - jeśli się powtórzy tu czy gdzie indziej, zareaguję podobnie.
Zapytacie, jak się to skończyło ? Posiedzieliśmy  pewnie z kwadrans, rozdarty małżonek dołączył do nas, na co ja wyszłam do drugiego pokoju, gdzie przebywała żona. Siedziała z kamienną twarzą, układała dziecko do snu. Powiedziała: dziękuję, teraz wiem, komu zależy na kim, a komu na czym. Przyznaję, że wzięłam to do siebie i odebrałam jako szczere, a nie tylko zdawkowe podziękowanie. I dodała: ale teraz nie chcę o tym rozmawiać. Pogadałyśmy jeszcze chwilę, ja także zaczęłam się uspokajać, pewnie poziom adrenaliny zaczął mi się obniżać, ale za to narosło we mnie takie niesamowite ogromne rozżalenie i czułam, że jeśli usłyszę w tym towarzystwie jedno nieodpowiednie obraźliwe słowo, to wybuchnę płaczem.  Wytrzymałam jeszcze kwadrans i pożegnałam się. W salonie trwała swobodna (prawdziwa czy udawana ? ) atmosfera. Na dworze ryczałam z nerwów co  najmniej z pół godziny. Dobrze, że było ciemno. Nie czułam się na siłach wsiąść do auta, zanim się nie uspokoję.
Po dwóch dniach żona zadzwoniła do mnie i powiedziała, że postawiła mężowi warunek: albo idzie na terapię albo koniec małżeństwa. Bo to przecież nie był pierwszy raz, tak jest codziennie. Zresztą, nawet nie miałam wątpliwości, że to stała sytuacja. Ta druga para nie odzywa się do mnie.

4 komentarze:

  1. Ja też bym postąpiła tak, jak Ty. Jestem tego pewna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ktoś ma zdanie podobne do mojego.

      Usuń
  2. Nawet nie wiesz jakiej siły dodałaś Kobiecie...;o)
    Tą drugą parę to sobie możesz w życiorysie darować, bo oni chyba nawet do własnego związku nie dorośli...;o)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznaje, ze nadal jestem zdziwiona postawa drugiej znajomej. A jej mąż. .. udawał, ze nic nie słyszy i nie widziałam... prawdziwy mężczyzna tak nie postepuje

    OdpowiedzUsuń