wtorek, 30 kwietnia 2019

Pan miły, pan chamski...

Wiadomo niektórym od dawna, że mnie ciągnie na polskie tereny południowo-wschodnie. Marcowe zwichnięcie nogi trochę ograniczyło moje zapędy, ale powoli zaczynam wracać na właściwe trasy:) W ubiegłym tygodniu skromnie pobuszowałam po Poleskim parku Narodowym, co skutkowało następującymi wpisami w częściach czterech. Szczególnie polecam część pierwszą:) Na niedzielę też były plany, ale zapowiedzieli się goście i trza było wracać do domu. Jest jednak nadzieja na kolejne wędrówki w najbliższym czasie, ale nie wiadomo kiedy, bo jutro znów mam gości, a potem może przyjedzie średnia córka z wnuczką, z naciskiem na "może", bo się rozpadało, ochłodziło i całą atrakcję wiosny szlag trafił. No, dla mnie to ona jest nadal atrakcyjna i nawet w deszcz mogę się wybrać w plener, ale dwuletnie dziecko nie bardzo. No to nie wiem, czy się zdecydują, bo to kawał drogi, prawie 500 km.
Najważniejsze, że w ostatnich godzinach przed deszczem zdążyłam wykonać koszenie trawy. W tym celu musiałam nabyć nową kosiarkę, gdyż poprzednia używana wiele lat ostatecznie i bez prawa do odwołania odmówiła współpracy. I tu muszę powiedzieć, że pan personel w postaci miłego młodzieńca na dziale sprzętu ogrodniczego był bardzo pomocny i rzeczowy. Podobnie jak dzisiejszy pan na dziale podłóg w sklepie budowlanym. Bowiem podłogę kupiłam. Kto zgadnie w jakim kolorze ? No przecież białą:) Innych podłóg nie uznaję, no chyba, że to podłoga w kuchni (szara) albo w łazience (kremowa). Ale one się nie liczą, bo są z terakoty. Biała podłoga to moja słabość.
Deszcz natomiast bardzo był potrzebny ziemi, już po kilkunastu godzinach opadów rośliny wybuchły zielenią, szczególnie chwasty na działce:) Zakwitły też truskawki, a przy domu powojniki i inne wiosenne krzewy. Po krzaczorach buszują tygrysy:)






Obraziłam się ostatnio na sąsiada. W duszy się obraziłam, bo bardzo zabolał mnie jego żart. Ciałem natomiast okazałam obojętność i przyjęłam postawę, że mi to zwisa, że był chamski. Nawet nie będę  powtarzać tego niby-żartu, bo był bardzo, ale to bardzo obraźliwy (dla mnie), choć nie jakoś specjalnie spersonalizowany - powiedziałabym, że taki jakiś ogólny, ale wredny i głupi. Sąsiad to prosty chłop. Niewykształcony, co drugie słowo to k.. i h... Pewnie edukację skończył na podstawówce i w życiu nie przeczytał ani jednej książki, a dalej niż w mieście wojewódzkim pewnie też nie był. Na pewno był z siebie zadowolony, że tak ładnie sobie zażartował i przypuszczam, że nie chciał mnie wcale obrazić, ale "ten typ tak ma", gada głupoty i myśli, że to śmieszne. Nie było śmieszne. Ma u mnie "zasługi", bo jak żyła jego żona, to ją tłukł, a także nie dbał o psa, co też dla mnie jest przemocą. Sąsiad kiedyś miał do mnie pretensje o każdy przyjazd policji, choć Bóg mi świadkiem, że ja wezwałam ich tylko raz:) A pozostałe wezwania musiały pochodzić od kogoś innego, bo ja po prostu nie widziałam i nie słyszałam tych awantur. Ona już nie żyje, bo zmarło się kobiecie na raka, opiekę nad psem w większej części ja przejęłam (tzn.dokarmianie, pojenie, pilnowanie, żeby nie był uwiązany w kojcu i dużo dobrego słowa do psa - w końcu każdy pies ma prawo pomerdać ogonem z radości), a także dorosły syn sąsiada, który zauważywszy, że regularnie psa karmię, wziął to sobie do serca i codziennie pomyka z wiadereczkiem karmy. Kojec psa przylega do ogrodzenia mojej działki, więc sobie nieraz z pieskiem pogadam. Wracając do sąsiada...   ten chyba zastanowił się, że głupotę palnął, ale przecież nie przyzna się, bo honorowy i jak dziś wracałam do domu, to przyfilował mnie na podjeździe, niby to przypadkiem, i z tekstem, że dostał od kogoś tam słodycze, ale on nie lubi i mi przyniósł, a następnie wręczył mi pudełko "Ptasiego mleczka". Jak ta durna i zaskoczona odruchowo najpierw wzięłam, po sekundzie już mu pośpiesznie oddawałam, ale się wziął i uciekł, a ja zostałam jak ten słup soli z czekoladkami. Leżą w kuchni i pewnie spleśnieją, bo ja ich nie zjem. Dla zasady. Jak czuł, że mnie obraził, to powinien przeprosić. A jak jego zdaniem nie obraził, to niech sam sobie te czekoladki zje! Choć z drugiej strony ja tych przeprosin wcale nie oczekuję, natomiast bardzo bym oczekiwała, aby ten sąsiad wcale się do mnie nie odzywał i nie zbliżał.  Przypuszczam, że chciał być taki towarzyski i rozrywkowy, że aż przeholował. Po tym wydarzeniu doszłam do wniosku, że brak mi stanowczości w kontaktach z ludźmi. Zamiast od razu się rozedrzeć, jak go wzięło na te głupkowate żarty, to ja jak hrabina spokojnie i bez słowa odeszłam z uniesioną głową, a potem w ciszy domowych ścian klęłam, że jak on śmiał. Znowu z drugiej strony nie będę się zniżać do poziomu jakiegoś chama... i tak źle i tak niedobrze. Pewnie w podobnych sytuacjach nie znajdę już złotego środka, życie mnie w jakiś sposób ukształtowało i nie nauczę się reagować chamstwem na chamstwo.

środa, 24 kwietnia 2019

Płonące trawy

Może kto pamięta, że trzy tygodnie na przełomie marca i kwietnia spędziłam w miejskim mieszkaniu... Ominął mnie wtedy widok ognia i wypalanych traw. Mieszkam we wsi, wokół której jest pełno łąk w związku z przepływającą rzeką i kilkoma zbiornikami wodnymi. Tworzą one bardzo przyjemny klimat do spacerów, ale także do mieszkania, jest ładnie i malowniczo, latem łąki pachną, można łowić ryby w rzece, która jest na tyle mała, że nie wylewa i nie stanowi zagrożenia powodziowego.
Zagrożeniem są natomiast właściciele łąk. Co roku wypalają trawy po zimie. Całą wieś ogarnia wtedy dym, straże pożarne co i raz przejeżdżają na sygnale, policja straszy mandatami i ... za rok znów to samo. W odległości 300 m od mojego domu przebiega trasa szybkiego ruchu i podczas wypalania traw zaciągnięta jest dymem utrudniającym jazdę. Osobiście przez kilka kolejnych lat wzywałam  straż pożarną i policję, kiedy ogień podchodził bezpośrednio do szosy, a płomienie miały wysokość kilku metrów.

W tym roku ognia na własne oczy nie widziałam, bo nie było mnie we wsi, ale wypalanie traw oczywiście się odbyło, co odczułam na własnej osobie. Ogień z wypalanego ugoru dotarł na moje działki budowlane. Są puste, rośnie na nich tylko chwast, a na jednej z nich znajduje się kompostownik. Spaliła się powierzchnia jednej z działek oraz kompostownik. Ogień zatrzymał się na granicy drugiej działki, którą porasta gęsta zielona trawa. Na kolejnej działce oddzielonej wysokimi na kilkadziesiąt metrów świerkami, mieszkam. Od ognia dzieliło moje mieszkanie jakieś 60 metrów. Co by było, jakby ...? Nawet nie chce mi się myśleć. Kiedy po powrocie na wieś zobaczyłam ślady po pożarze (bo jak inaczej to nazwać ?), ścierpła mi skóra. Targały mną takie emocje, że tu na blogu, nawet nie wspomniałam nic na ten temat, bo chyba musiałabym zapisać tylko same bluzgi. Zgłosiłam się na policję, jako osoba poszkodowana, choć szkoda w sumie żadna: spalił się tylko kompostownik. Ale nie chodzi mi przecież o żadną rekompensatę, tylko o zagrożenie pożarowe spowodowane przez jakiegoś durnia ! Podejrzenie pada na właściciela ugoru, od którego się zaczęło, ale oczywiście nikt nie widział, nikt nie słyszał... Nie mogę go w żaden sposób oskarżyć, bo równie dobrze on może powiedzieć, że to ja paliłam chwasty na swojej działce. Słowo przeciwko słowu. Tak zwana "wieś" na pewno wie, kto podkłada ogień na łąki i ugory: ja też wiem, to właściciele tych działek. Czy policja im to udowodni ? Czy będą kary ? Wątpię. Ja swój kompostownik sama sobie odbuduję, ale zanim natura odbuduje straty, to trochę potrwa.

W tym roku gleba i łąki są bardzo suche. Pożar z łąk po drugiej stronie wsi rozprzestrzenił się także na las. Straż uratowała wysokie drzewa, ale podszycie i ściółka wraz z kryjącymi się tam organizmami, spłonęły.Na szczęście nie doszło do tzw. pożaru ziemnego, którego nie widać, a ujawnia się dopiero za jakiś czas. Nie ujawnił się. Nie będzie w tym roku konwalii. Zginęły tysiące żyjątek. Za to debil podpalający łąki żyje i ma się dobrze!





poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Wiosna też świętuje...

... o czym przekonałam  się w sobotę wyruszając na dłuuugi spacer. Wystrojona w białe, różowe lub zielone suknie zachwyca oczy, a do  tego towarzyszy jej brzęczenie pszczół i pogwizdywanie ptaków. Właściwie nie wiedziałam już co robić, bo co miałam przygotować na święta, to zrobiłam, na działkę nie chciałam już iść, bo po pierwsze jeszcze nie przestały mnie boleć mięśnie po pracy w poprzednie dni, a po drugie po święceniu koszyczków wieś tak jakby już trochę świętowała i pola opustoszały. Nie chciałam prowokować:) Słońce świeciło, choć trochę wiało. Miły spacer przypłaciłam katarem, dlatego dziś nie pojechałam do syna, aby im nie zarazić miesięcznej Księżniczki. Wczoraj cały dzień byłam w gościnie, a dziś z przyjemnością spędzam czas w domu - takie święta lubię - niezobowiązujące, sama w domu, robię wtedy co chcę. Rodzice Księżniczki mają o jednego gościa mniej, co im pewnie nie przeszkadza, a ja mogę do nich przyjść kiedy chcę, a nie koniecznie w święta. Przewiozłam tylko z rana najstarszą wnuczkę od drugiej babci do córki, trochę pogadałam z córką i wróciłam do siebie. Słucham kryminału Chmielarza i dziergam na drutach, przez  większość czasu wysiadując na dworze na leżaku, z krótką przerwą na obiad. Pogoda straszy deszczem, ale na straszeniu się kończy. W mieście był deszcz, u nas nadal sucho. Mimo to przyroda błyszczy, jaśnieje i odurza aromatem kwitnących drzew.



























To wiosenne piękno jest takie ulotne, że warto je utrwalić.
A wszystkim zaglądającym życzę dużo dobrego po Świętach:) W końcu po Wielkanocy też jest dzień. Tylko szkoda, że roboczy:)

środa, 17 kwietnia 2019

Pierwsza miłość

Chyba jest serial w tv pod takim tytułem, nie obejrzałam ani jednego odcinka, więc się nie wypowiadam, ale i tak wiem, że to nie serial dla mnie, wystarczyło przeczytać jeden opis jednego odcinka:) Jeśli mowa o serialach, to nie specjalnie mnie rajcują. Kiedyś obejrzałam "Psychozę" w odcinkach, do pewnego momentu oglądałam "Sprawiedliwych" i ... tyle ? A, i jeszcze "Stulecie winnych", ale ostatniego odcinka nie widziałam i oglądać dalej nie będę, bo przeczytałam książkę. Przy okazji dodam, że pierwsza część jest najlepsza, w kolejnych pojawia się tyle postaci, w tym niektóre o tych samych imionach, że momentami trzeba się mocno skupić i zastanowić o kim tak właściwie jest dany fragment. Przeczytać jednak można.

A chciałam o tej prawdziwej pierwszej miłości. Wspomnienie mnie naszło z okazji takiej, że jutro wybieram się na cmentarz , gdzie leżą moi Rodzice i Dziadkowie. Znajduje się on w miejscowości, z okolic której pochodził mój pierwszy chłopak. Miałam 17 lat, on był o rok starszy, kiedy się poznaliśmy za pośrednictwem kolegi mojej koleżanki. Był rudy jak marchewka i nieco piegowaty:) Kompletnie nie w moim guście, ani wtedy ani teraz:)  Był jednak trochę nieśmiały i taki jakiś ... delikatny i to mnie w nim pociągało. Ta delikatność w którymś momencie się na mnie zemściła, bo jak któregoś razu na spacerze zakochanych zaatakował nas obcy pies, to ja broniłam jego przed zwierzęciem, a nie on mnie:)

Przyjeżdżał do mnie na motorze w soboty i jeździliśmy na wiejskie zabawy:) Chłopak z motorem był obiektem zazdrości moich koleżanek. Wówczas młodzi chłopcy o samochodach mogli jedynie marzyć, już motor był szczytem możliwości. Mój chłopak mieszkał tylko z matką i był rolnikiem, czego jakoś nie przyjmowałam do wiadomości. Ojciec i mama tłumaczyli mi, żebym sobie dała z nim spokój, bo przecież nie pójdę na gospodarstwo do pracy. Mieli rację, wcale się na roli nie widziałam, po maturze wybierałam się na studia. On był ledwo po rolniczej zawodówce. Kompletnie jednak  nie robiło mi różnicy, czym on się zajmuje, bo przecież nie miałam zamiaru za niego wychodzić za mąż, tylko ze sobą chodziliśmy. Jego punkt widzenia był jednak inny, co zauważyłam po kilu miesiącach i dopiero wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak wybrnąć z tego związku. Z jednej strony byłam zakochana, z drugiej strony moje plany  życiowe nie miały ani jednego punktu zbieżnego z jego planami. Zaczęłam rzadziej przyjeżdżać ze szkoły do domu (mieszkałam na stancji), wtedy on zaczął do mnie przyjeżdżać na tę stancję lub do szkoły, czasem nawet nie zdążył mnie o tym powiadomić listem (przecież to były czasy, kiedy o telefonach komórkowych nikt jeszcze nie słyszał). Było to dla mnie nieco kłopotliwe, bo bywało, że dla niego stojącego w drzwiach o poranku musiałam rezygnować z różnych spotkań i wycieczek w innym towarzystwie. Po niecałym roku znajomości, wczesną wiosną, zaczął snuć plany uwzględniając w nich także mnie. Ustępstwem na moją rzecz było to, że zamierzał zostawić matkę na gospodarstwie i zatrudnić się w mieście, w którym się uczyłam. Dla mnie wyznaczył rolę pracującej żony. I na leśnej ścieżce padł na kolana i mi się oświadczył. Przeraziłam się. Ani mi była w głowie jakakolwiek małżeńska stabilizacja. Chciałam się uczyć i korzystać z młodości, w taki zwykły sposób, bo nie byłam rozrywkową dziewczyną. Uważana byłam za spokojną i grzeczną osobę, która wysoko nosi głowę:) Oświadczyny potraktowałam jak udany żart, bardzo  śmieszny, aż do łez. Chłopak mocno się zmieszał, ale po powrocie do domu wysmażył mi list z ponownymi oświadczynami. I nawet mu odpisałam. Że nie i że zrywam z nim. Już nie czułam się z nim komfortowo, czułam nacisk i oczekiwanie, że zgodzę się na jego plany. A czego najbardziej w życiu nie znoszę ? Jak mnie ktoś do czegoś przymusza, nawet lekko i delikatnie, kiedy wywiera na mnie nacisk. Mam wtedy wrażenie, że jest to zamach na moją wolność. A wolność osobista dla mnie zawsze była i jest bardzo ważna.

Odchorowałam to zerwanie. Tydzień leżałam w łóżku przez całe dnie. Nie chodziłam do szkoły, nie jadłam, nie rozmawiałam. Po upływie tygodnia przyszła jedna z koleżanek, siłą wyciągnęła mnie z łóżka pod prysznic, zmusiła do zjedzenia czegokolwiek i zaczęłam ponownie żyć. Mój były chłopak następnego dnia po otrzymaniu mojego listu rozwalił traktor na wiejskiej drodze:) Jemu nic się nie stało, ale podobno pędził na złamanie kartu i z rozpędem rymnął do rowu.

Taki był koniec mojej pierwszej miłości. Z byłym chłopakiem od tamtego czasu nigdy więcej nie rozmawiałam, choć co kilka lat 1 listopada widujemy się na cmentarzu. Mówimy sobie tylko "dzień dobry". Nigdy się nie ożenił i został na gospodarstwie po śmierci matki. Prawie wcale się nie zmienił:) Nadal jest taki rudy i ma tę samą fryzurę, i tak jak wtedy chodzi w krótkich czarnych skórzanych kurtkach:)


Nie, nie mam kur i nie będę miała, ze zwierząt gospodarskich mam tylko koty i tak już zostanie:) Zdjęcie zrobione 8 czerwca 2012 roku gdzieś na wsi:)


piątek, 12 kwietnia 2019

Śledzika czy ciasteczko ?

Przy porannej kawie wyjrzałam przez okno i nie mogłam uwierzyć: padał śnieg ! Co prawda niewiele i od razu topniał na ziemi, ale jednak! Kwiecień plecień... Mimo to dzień spędziłam pracowicie na działce. Nie cały, bo jeszcze sprzątałam kotłownię i pojechałam po zakupy do pobliskiego miasteczka. I jak zobaczyłam w sklepie kiszoną kapustę, to mnie taka zachciewajka wzięła, że kupiłam sporą porcję:) Od razu po powrocie zrobiłam salaterkę surówki z marchwią, szczypiorem i oliwą i zjadłam bez niczego. Czy to objaw braku witamin ?  Hmmm... cały czas zajadam się jakąś zieleniną, owocami, ale kto wie ? Przez zimę biorę także specjalny zestaw witamin dla seniorów (boszszsz... jak to brzmi !:). 
Przeczytałam na stronie internetowej nieco o kiszonej kapuście, cytuję:
 "Kapusta kiszona jest niskokaloryczna, ma za to sporo właściwości korzystnych dla zdrowia. Dobrze wpływa na procesy trawienia i układ pokarmowy, wzmacnia odporność, zmniejsza poziom cholesterolu we krwi, pozytywnie wpływa na układ krążenia i serce, a dodatkowo poprawia kondycję skóry. Kapusta kiszona zawiera witaminę C, magnez, potas, żelazo i wapń. Z uwagi na obecność bakterii kwasu mlekowego powstających w procesie fermentacji jest produktem bardzo zdrowym, zalecanym w profilaktyce chorób układu pokarmowego i dla zachowania właściwej flory bakteryjnej jelit. Jest również źródłem błonnika pokarmowego, co szczególnie przydatne jest dla osób odchudzających się lub cierpiących na zaparcia. Błonnik pozwala również obniżyć poziom cholesterolu we krwi, co zapobiega rozwojowi miażdżycy i chorób serca. Kapusta kiszona ma również właściwości regulujące poziom glukozy we krwi, co jest przydatne w profilaktyce cukrzycy i wystąpienia zespołu metabolicznego. Ma też właściwości przeciwzapalne, korzystnie wpływa na organizm i pozwala łagodzić oraz zwalczać występujące już zmiany zapalne. W kiszonej kapuście znajdują się również przeciwutleniacze, co zmniejsza ryzyko pojawienia się nowotworów. Witamina C występująca w kiszonej kapuście zapobiega rozwojowi szkorbutu i jest pomocna w stanach przeziębienia oraz do utrzymania prawidłowego stanu jamy ustnej i dziąseł. Kwas askorbinowy korzystnie wpływa też na stan skóry, wzmacniając produkcję kolagenu i zapewniając skórze jędrność. Obecna w kiszonej kapuście witamina A opóźnia natomiast procesy starzenia. Żelazo znajdujące się w kiszonej kapuście zapobiega pojawieniu się anemii."

Co za skarbnica dobroci :)
Osobiście wierzę w głos organizmu, w jego dopominanie się o jakiś składnik. Moje wątpliwości budzi jednak wołanie organizmu o słodkie:) Potrzeba czy kaprys ?:)

Na co dzień wołanie o słodycze już nie za często odczuwam, chyba się po prostu odzwyczaiłam, wolę śledzia:) Natomiast  NIE MA ŚWIĄT BEZ SŁODKIEGO CIASTA w ilościach ... dużych:).  W tym roku Święta Wielkanocne miałam spędzić w pracy, ale ułożyło się inaczej. W sobotę przyjadą do mnie córka z wnuczką i razem pójdziemy święcić koszyczek. W niedzielę świąteczne śniadanie u mnie, a potem idziemy wszystkie trzy na obiad do mojego brata, a w poniedziałek do mojego syna. I będzie po świętach. Na każdą świąteczną wizytę zabiorę ze sobą ciasto, sałatkę i faszerowane jajka. Oprócz nieśmiertelnego sernika i ciasta z owocami, zrobię w tym roku jeszcze ze dwa rodzaje innego, jeszcze nie zdecydowałam. W każdym razie nie lubię się przemęczać, więc pieczone przeze mnie ciasta są proste i szybkie. Może zrobię takie z orzechami, których zostało mi sporo z zeszłego roku:

Ciasto orzechowo - budyniowe (przepis jest z mojewypieki.pl, jego autorka to moje guru w dziedzinie pieczenia ciast)
Na ciasto potrzeba 3 szklanki mąki pszennej, 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej, 150 g masła, 2 łyżki miodu, 2/3 szklanki cukru. 2 jajka.
Przesianą mąkę należy wymieszać z sodą oczyszczoną. Masło roztopić z miodem i cukrem, wystudzić. Jajka dobrze roztrzepać lub lekko ubić.. Do mąki wlać przestudzone masło i roztrzepane jajka. Zagnieść ciasto i podzielić na 2 części i przystąpić do zrobienia masy orzechowej, na którą potrzeba:
250 g orzechów włoskich, 75 g masła. 5 łyżek cukru. 2 łyżki miodu
Masło z cukrem i miodem gotować do momentu rozpuszczenia cukru. Dodać posiekane orzechy, wymieszać, chwilkę pogotować.
Formę o wymiarach 25 x 40 cm wyłożyć papierem do pieczenia.  Jedną część ciasta rozwałkować i wyłożyć do formy. Piec w temperaturze 180ºC przez około 10 minut.
Na drugą część ciasta wyłożyć warstwę orzechową. Piec również 10 minut w temperaturze 180ºC.

Masa maślana do przełożenia:
3 szklanki mleka, 3/4 szklanki cukru. 2 opakowania budyniu śmietankowego bez cukru, 250 g masła.
Budynie ugotować dodając zamiast 4 szklanek mleka - 3 szklanki. Podczas gotowania mleka wsypać cukier, wymieszać do jego rozpuszczenia. Wystudzić. Masło utrzeć na pulchna masę, nadal ucierając dodawać partiami wystudzony budyń. 
Gotowe ciasta przełożyć masą budyniową, ciasto z orzechami  układając na wierzchu. Trzymać w chłodnym miejscu, aby było mięciutkie i rozpływało się w ustach.
Łatwe, proste i zawsze wychodzi.

A Wy jakie ciasta upieczecie na święta ? Zróbmy kiermasz przepisów:)



Konie od naszego wiejskiego hobbysty (nie hodowcy, pan trzyma konie tylko dla przyjemności - swojej i koni:)

wtorek, 9 kwietnia 2019

Dla wytchnienia

Trzy tygodnie opieki nad małym dzieckiem plus wydarzenia towarzyszące nieco mnie wyczerpały. W sobotę po południu zadzwoniła dalsza  koleżanka, gdzie się zgubiłam, bo się nie pokazuję i nie odzywam. Po krótkim wyjaśnieniu i dłuższej opowieści o moich perypetiach, rzekła: to przyjeżdżaj do mnie z rana, pojedziemy nad morze. Do morza od nas kawał drogi, ale jak ma być jakieś morze to niech będzie. Tato wnuczki zabrał ją na niedzielę już w sobotni wieczór, więc ja o świcie wsiadłam w auto i pojechałam do koleżanki (noga już chodzi i tańczy:) Gdzie byłyśmy i co widziałyśmy, można zobaczyć tutaj

Były zabytki, widoki, było "morze", była plaża i molo. Była nawet względna pogoda, tzn. ciepło i słońce, ale co chwila zasłaniane chmurami. Było wiele pogaduszek i czas spędziłam miło, do domu wróciłam wieczorem.


Od poniedziałku znów dziecko, ale dziś już koniec mojego zajmowania się wnuczką, ponieważ córka wróciła ze szpitala, w dość dobrej kondycji, więc po ugotowaniu im obiadu mogłam spokojnie wrócić do swojego domu. Będę im pomagać dojeżdżając. Jak dobrze zrobić sobie kawę w swojej własnej kuchni...:) I usiąść przed własnym komputerem, wygłaskać własne koty, wziąć do ręki własną książkę. Po "Stuleciu winnych" przyszedł czas na "Córkę Cieni", trzytomową powieść z akcją zaczynającą się w Bieszczadach. Obiecałam sobie, że jak ją skończę to zmienię rodzaj literatury. Dla odmiany coś klasycznego z literatury angielskiej może, albo francuskiej. Bo jakoś ugrzęzłam w polskich sagach.


W ogródku wciąż coś rozkwita, pod płotem zaniebieściło się od barwinka, w donicach pysznie żółcą się bratki i pierwiosnki. Jadąc na naszą niedzielną wycieczkę, widziałyśmy w lasach polany białe od zawilców. Żałowałam, że się nie zatrzymałyśmy, bo widok był dla oka bardzo miły, ale miałyśmy dość daleką trasę do przebycia i stawałyśmy tylko w niektórych miejscach. W sumie i tak wycieczka zajęła nam cały dzień. Bardzo potrzebowałam takiego oderwania od codzienności.

W mediach tylko ten strajk i strajk. O nauczycieli mi chodzi. Moje stanowisko jest takie, że to praca ciężka i powinna być dobrze wynagradzana, ale...
To "ale" to wyobrażam sobie tak. Każdy nauczyciel powinien przychodzić do pracy codziennie na 8 godzin, niezależnie od tego, ile ma godzin lekcji w danym dniu i o której je zaczyna. W czasie, kiedy nie ma lekcji, szykuje klasówki, kartkówki czy jak to się teraz nazywa i sprawdza je. Nie zabiera do domu żadnej roboty! Żadnego wynoszenia dokumentów do domu. Klasówka jest dokumentem. To jest koronny argument nauczycieli, że po 3 czy 5 godzinach pracy w szkole muszą zabierać do domu klasówki czy co tam mają oraz douczać się. Niech mnie kto poprawi, ale z czego ci nauczyciele się douczają ? Taki matematyk np. uczący w szkole podstawowej ? Albo fizyk ? Albo biolog lub wuefista ? Albo nawet nauczyciel w liceum, który co roku klepie uczniom wkoło to samo. Czy tego hipotetycznego douczania się  jest tyle, że zajmuje im to kilka godzin dziennie ? Nie uwierzę, nawet w tygodniu tyle na to nie przeznaczają. Ba! jestem pewna, że nawet w miesiącu nie jest im potrzebne kilka godzin na uczenie się.  Z obserwacji powiem, że przeciętny nauczyciel wcale się nie dokształca, z niczego. Uważam, że 8 godzin pracy powinno obowiązywać tokarza, informatyka, pielęgniarkę i nauczyciela tak samo. W tym kilka godzin samego nauczania, a reszta inne prace, w tym papierkowe i wychowawstwo. A jak wywiadówka, to płatne dodatkowo godziny nadliczbowe, jak w każdej innej pracy, kiedy pracodawca każe zostać po godzinach, aby zakończyć zadania. Poza tym właściwie jedynie nauczyciel języka polskiego napracuje się sprawdzając wypracowania, reszta zazwyczaj robi jakieś krótkie testy, do sprawdzenia w kilkanaście sekund wg klucza odpowiedzi. Nauczyciele mówią, że tracą głos od mówienia. Ok, mówią przez 3-5 godzin dziennie. I zmarnowany głos jest chorobą zawodową. A taki pracownik infolinii mówi przez 8 godzin dzień w dzień przez całe lata i jego choroba narządów mowy i słuchu nie jest w wykazie chorób zawodowych. I nie ma co kilka lat prawa do urlopu na podreperowanie zdrowia.

Rząd o pracy i pensjach nauczycieli gada głupoty. I głupoty robi. Rząd rozdaje pieniądze na socjal wbrew opinii społeczeństwa, że jest to szkodliwe, a potem nie ma kasy na wynagrodzenia pracowników opłacanych z budżetu, takich jak nauczyciele. Ogólnie popieram strajk nauczycieli, powinni zarabiać godne pieniądze, ale jednocześnie powinny być im postawione warunki pracy, podobne do innych grup zawodowych. Zostawmy im wakacje, zostawmy im ferie, wolne święta i weekendy, jako rekompensatę za pracę z rozdartą hordą dzieciaków, najczęściej niewychowanych i niełatwych "w obsłudze" :). Żaden zawód tego nie ma, to bardzo hojna propozycja. Niech mają przywilej pracy tylko przez 9 miesięcy z wynagrodzeniem za 12 miesięcy, ale przez 8 godzin dziennie i bez zbędnych przywilejów. Rola rządu jest taka, aby znaleźć kompromis: dać odpowiednie do pozycji nauczyciela wynagrodzenie i żądać pracy za płacę. Niestety, to co się teraz obserwuje, to coraz niższy poziom nauczania i coraz niższy poziom pracy nauczycieli, którzy ( z wyjątkami, oczywiście) zazwyczaj się nie przemęczają.

Nie wszyscy nauczyciele popierają swoich strajkujących kolegów. Dziś rozmawiałam ze znajomą nauczycielką, przepracowane w zawodzie prawie 20 lat, która mówi, że w jej szkole (państwowej) zarabia całkiem nieźle i żądanie podwyżki 1000 pln to jest po prostu nadużycie i oni nie strajkują. Przedszkole wnuczki także nie strajkuje, pani wychowawczyni powiedziała, że w kontekście innych zawodów w naszym mieście wcale nie mają zaniżonych pensji. A nie mają dwóch miesięcy wakacji:). Koleżanka z biura podróży mówi z kolei, że najdroższe wycieczki kupują lekarze i nauczyciele.

Moja córka,. która ukończyła studia medyczne oraz psychologię i która pracuje jako położna w żłobku, też przecież pracuje na co dzień z dziećmi, tak samo jak i pozostałe wychowawczynie żłobkowe. Nie mają trzech wolnych miesięcy w roku, a tylko 26 dni zwykłego urlopu. W czym ich praca jest gorsza od pracy nauczyciela ? W tym, że dzieci są małe ? W tym, że muszą te dzieci dźwigać i zmieniać im pieluchy, ale także dbać o ich zdrowie i uczyć, uczyć i uczyć... codziennie czegoś uczyć... choć nie fizyki i geografii ? W tym, że ona NAPRAWDĘ musi się wciąż douczać na temat np. chorób dziecięcych, postępowania z dzieckiem z zaburzeniami, które akurat przyjęto do żłobka czy z wciąż zmieniającymi się zasadami sprawowania opieki ? Odpowiedzialność za małe dziecko nie jest mniejsza niż za dziecko duże, chyba nawet większa.

To jak to w końcu jest naprawdę z tymi nauczycielami? Czy w ogóle ktoś tę prawdę zna ?

piątek, 5 kwietnia 2019

Przypadek

Siedzę wczoraj przed gabinetem lekarki, która opiekuje się moją córką. Razem ze mną siedzi jeszcze jedna osoba, kobieta, dość zdenerwowana. Chwila ciszy, w końcu kobieta zaczyna opowiadać. "Muszę się wypisać ze szpitala na żądanie - mówi. Jeszcze mogłabym zostac z tydzień, ale muszę matkę ze szpitala odebrać. Bo wie Pani, matkę zamknęli w psychiatryku."   Hmmm... to nie tragedia - mówię. Pani zachęcona moją odzywką relacjonuje.  Otóż matka tej Pani pisała z nią smsy któregoś wieczoru dwa tygodnie temu. Na tematy neutralne. Na koniec starsza Pani chcąc skorzystać z jakiejś porady kosmetycznej odpisała córce: " to ja już wiem, co ze sobą zrobię dzisiejszego wieczoru." I wysłała SMS przez pomyłkę nie do córki, tylko do Pani doradcy z banku, czego w ogóle nie zauważyła. Pani z banku zgodnie z obowiązującymi ją procedurami powiadomiła policję , że podejrzewa, iż starsza pani planuje samobójstwo. Po godzinie do starszej pani w piżamie i maseczce na twarzy, przyjechala policja i zgarnęła panią, jak stała, na obserwację do szpitala psychiatrycznego . Oczywiście zabrali jej telefon. Córka Pani przez cały kolejny i następny dzień nie mogła się do niej dodzwonić, a ponieważ sama leczy się szpitalnie, nie mogła do niej pójść. Uruchomiła jakąś dalszą rodzinę, ale w mieszkaniu matki nikt nie odpowiadał i nie otwierał. Nerwy sięgnęły zenitu. Wezwano policję i wyważono drzwi w obawie, że starsza pani leży niezywa w mieszkaniu. Mieszkanie stało puste. Dwa dni zajęło policji skojarzenie nocnej akcji sprzed kilku dni. Starsza Pani się znalazła. Dwa tygodnie jednak na obserwacji musiała zostać. Przy sobie nic nie miała oprócz piżamy, kurtki i dowodu w depozycie szpitalnym. Nie było komu jej odebrać. Dobrze, że dalsza rodzina zajęła się naprawą wyważonych drzwi. Córka czekała,  aby uzgodnić z lekarką wyjście ze szpitala i zajęcie się matką . Masakra. A wszyscy działali w dobrej wierze. Chroń nas Panie przed nadgorliwoscią bliźnich.

I uważajcie, do kogo wysyłacie smsy:) 

A u nas powolutku rozwija się wiosna. .. bardzo powolutku. Jest sucho i wietrznie. Niby chce się tej ładnej ciepłej pogody, ale ziemia potrzebuje wody.