poniedziałek, 21 maja 2018

Byłam nad morzem. Czarnym. Z wnuczką. Ciekawe doświadczenie:) Całe szczęście, że miejscowość była mi już wcześniej znana i nie budziła we mnie nadmiernej ciekawości, choć żal było być "wiezionym" i nie zobaczyć, co się zmieniło od ostatniego pobytu. Okolice też miałam już odwiedzone poprzednimi razami przy okazji jednoosobowych wyjazdów. Dziecko bowiem odmówiło wychodzenia poza hotel, gdzie miało wszystko co dusza zapragnie: 100 m do morza, cztery baseny, plac zabaw, bar z lodami i słodyczami przy basenie, animacje dla dzieci, dziecięce disco itp. I tak się nasz pobyt toczył wokół wymienionych atrakcji. Dziecko było wspaniale grzeczne, wesołe, bezkonfliktowe. A ja ? Cóż... śniadanie, wspólne zabawy nad morzem, obiad, basen, podwieczorek, plac zabaw, kolacja, disco i animacje, spanie... i od nowa. Nudy, panie, nudy...:) A dziecko szczęśliwe:)  Chciało mi się jednak pobyć z dzieckiem sam na sam bez codziennych obowiązków w tle, więc wyjazd oceniam jako udany, a ponadto wreszcie się wyspałam:) Chodziłam spać w porze dziecka i razem z nim wstawałam.
Oprócz dorosłych z dziećmi, większość grupy stanowiły pary - młodsze i starsze, różne. Damsko-męskie i damsko-damskie, koleżeńskie i rodzinne. Pilnując chlapiącego się w wodzie dziecka, poddałam te pary obserwacji. Otóż te pary także nie wychodziły poza hotel, choć nie ograniczały ich małe dzieci. Może oprócz jakichś pojedynczych przypadków. Zdecydowana większość jak się zakwaterowała w dniu pierwszym w hotelu, tak z niego wyszła w dniu ostatnim. Niczego nie zwiedzali, nigdzie nie byli. W ostatnim dniu pobytu co niektórzy pytali, co to za miasteczko było widać z okna (Nessebar w odległości 15-minutowego spaceru). Nic nie widzieli, niczego nie przeżyli, nad basenem pili piwo i jedli frytki. I tak codziennie. Czy tak wygląda wypoczynek ? To ja chyba nie wiem, jak wypoczywać??? Bo ja na swoim urlopie jakbym owsiki miała, tak mną kręci wte i wewte, zwiedzam, oglądam, zaglądam w każdy kąt, jeżdżę na wycieczki, rozkład jazdy lokalnej komunikacji mam obcykany i w małym palcu, codziennie jadę gdzie indziej i kończę urlop z taką ilością wrażeń i setkami zdjęć, że mi na pewien czas pięknych wspomnień wystarcza. I zdobytej wiedzy. I zaspokojonej ciekawości. A jaką ciekawość można zaspokoić nad basenem od świtu do nocy przez cały turnus?
Czy nie szkoda czasu na takie bezsensowne byczenie się ? Po co w tym celu lecieć 2000 km ? Można przecież leżeć nad basenem w swoim mieście, za marne grosze i bez meczącej podróży, bez wydatków i trudu. I w pełni wakacji, a nie w maju (bo taniej).
Ja jednak jestem taka naiwna i głupia, bo tyle lat żyję i nadal nie rozumiem innych ludzi :)


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Kiedy zacznę być stara?

Moja 4 letnia wnuczka tłumaczy: najpierw człowiek jest dzidziusiem, potem dzieckiem, potem dorosłym, a potem starą babcią. Zaniepokojona pytam: a ja kim jestem? No i usłyszałam: no, starą babcią.  Ale ja się wcale nie poczuwam:) Mam dopiero 57 lat:) Cóż. .. zaczęłam się zastanawiać i doszłam do nieciekawych wniosków. Internet nie pozostawia złudzeń. Gdy mowa o seniorach, dotyczy to osób po 50-tce i dominuje temat chorób i utraty sprawności. Ale ja na nic nie choruję i jestem sprawna fizycznie. Nie interesują mnie tematy wizyt lekarskich, kolonoskopia i utrata pamięci. Zawarte w poradnikach propozycje aktywności pasują 80-latkom. Bez trudu potrafię przejść kilkanaście lub nawet ponad 20 km dziennie przez parę kolejnych dni pod rząd (jak ostatnio w Tatrach) albo w sobotnie lub niedzielne przedpołudnie pół dnia przekijkować, abo zrzucić tonę węgla do piwnicy, albo w sezonie pracować całymi dniami na działce, albo pół dnia ciąć drewno piłą spalinową, albo godzinę skakać na trampolinie z dzieckiem, albo przejechać 700 km autem, albo... albo... I nadal mam się dobrze. Na nic się nie leczę, nic mi nie dolega, mam w planie w czerwcu przejść pieszo Podkarpacką Drogę Św. Jakuba, zaczęłam naukę rosyjskiego (a właściwie to przypomnienie sobie języka znanego perfekt w młodości - okazuje się, że dużo pamiętam), w czerwcu zacznę nowy kurs zawodowy... W żaden sposób nie czuję się ułomna ani fizycznie ani umysłowo. Żyję swoim życiem i mam plany na przyszłość, nie mam nadwagi, nie mam depresji ani problemów emocjonalnych, nie siwieję, chodzę na obcasach i w krótkich (choć nie mini) sukienkach.

Przyznaję, że wiele moich znajomych w podobnym wieku to babcie. Niekoniecznie z wnukami. Raczej babcie mentalne. Zmęczone. Seks ? A co to ? Wycieczka ? A po co ? Telewizja, ukryta prawda, m jak miłość - i te sprawy są na porządku dziennym. Zagrożone utratą pracy, bo młodsi umieją więcej, ale one same już się niczego nie chcą uczyć, bo podobno "pamięć już nie ta".  Płaski but, bo nogi puchną, bezkształtna bura czapka, ciemny płaszcz, ciemne buty, ciemna spódnica, gruby sweter (bo szybko marzną). Najgorsze są te, co mają w domu mężów. Te samotne jeszcze czegoś chcą od życia. Może to takie kobiety po 50-tce są typowe ?

A ja ? Jestem wyjątkiem czy potwierdzam regułę ?


Obraz namalowany przez moją 3,5 letnią wnuczkę pt. "Pożar" Oprawiony wisi na ścianie:) Dla mnie on jest piękny:)

piątek, 9 marca 2018

Awantura o handel

Oto nadchodzi pierwsza niedziela bez handlu. Nie ekscytowałam się tym tematem - czy nie mam ważniejszych spraw na głowie ? Jakoś tak jednak się zgadało w towarzystwie i rozpętała się dyskusja. Oto bowiem ja w handlu nie pracuję, więc ustawa mnie nie dotyczy. A pracuje co najmniej dwie niedziele w miesiącu i nikt mnie z tego nie zwolni. Córka też pracuje w firmie, która wymaga pracy w niedzielę. Na dokładkę w związku z zamknięciem w niedzielę sklepów firmowych, wydłużono im czas pracy w święto do 10 godzin, bo klienty będą się wściekać i wydzwaniać z pretensjami. Koleżanka zatrudniona w internetowym sklepie AGD też pracuje w niedzielę. Nie mówiąc nawet o innej koleżance, która prowadzi usługi, z których klienci chcą korzystać przede wszystkim w niedzielę,  gdyż wtedy mają  czas. Jest bardzo wiele zawodów, które wymagają pracy w święta i niedziele i jakoś nikt z tego powodu nie tragizuje. Po co zatem ten hałas o pracę sprzedawców w dzień świąteczny? I tak mają  lepiej niż ja, bo nie pracują w Nowy Rok, Wielkanoc, Boże Ciało, 1 listopada i Boże Narodzenie. A ja pracuję. I sprzedawcy na stacjach benzynowych. I wiele innych osób. I wcale nie mówię  o strażakach, policjantach czy lekarzach.
Z drugiej strony... Nie chciałabym zrezygnować z pracy w dni świąteczne. Dzięki temu nie muszę brać urlopu w te dni, kiedy potrzebuje coś załatwić w urzędzie albo więcej popracować na działce albo pomóc przy wnuczce. W niedzielę jest mniej pracy niż w dni robocze, więc na tym korzystam nie przepracowując się :) Biorę pracę od 17.00, więc większość dnia i tak mam wolne. Odebranie mi tych niedziel trochę skomplikowałoby mi życie.
Czy sklepy zamknięte w niedzielę to dla mnie kłopot ? Czasem zaglądałam do marketu przed pracą, po mleko do kawy, po coś słodkiego. Albo po pracy - po karmę dla kotów:) Tak więc  zakaz pracy sklepów w niedzielę ani mnie nie ziębi ani nie grzeje. Jest mi to obojętne.
Nie uznaję argumentów, że sprzedawcy będą mieć czas na kościółek i wypoczynek. Nie będą mieć, bo to przede wszystkim kobiety. To co robiły w wolnym dniu - pranie, gotowanie i odpoczynek od dzieci, co poszły do szkoły, będą realizować w niedzielę. Kobiety ani na chwilę nie odpoczną w ciszy od swoich dzieci ani też nie poświęcą im więcej czasu, bo będą zajęte odkurzaniem i gotowaniem obiadu na cały tydzień. To mężowie będą mieć wolną niedzielę, bo "matka w domu". 
Tak więc kompletnie nie rozumiem, po co ten cały wrzask i ustawa.