poniedziałek, 21 września 2026

Stresy

Kilka dni temu przyjechała do mnie koleżanka. Właściwie to przyjechała niby do córki, ale córka jest na wakacjach, o czym koleżanka doskonale wie, ale nie wie mąż koleżanki. Bo koleżanka, nazwijmy ją B., nie ma mężowskiego pozwolenia na bywanie gdziekolwiek niż jedynie u swojej córki i to z wielką łaską. A kobieta, wiek po 60-tce, już jest tak zmęczona życiem pod jednym dachem z mężem, że kolejnego dnia już chyba by nie wytrzymała nerwowo. Uknułyśmy we trzy spisek; córka udawała, że matka u niej, matka udawała, że jest u córki, a jedna poleciała gdzieś tam, a B. kilka dni pomieszkała u mnie. Wyspała się, dotleniła na spacerach po lesie i łąkach, dogadzałam kulinarnie jak mogłam, pogadałyśmy o tym i owym... Może odpoczęłaby bardziej, gdyby małżonek nie dzwonił po kilka razy dziennie z jakimiś pretensjami: a czemu nie dzwoni, a czemu nie wraca, a po co w ogóle pojechała, a pomidory zerwać trzeba (on przecież nie może), a to pies szczeka, a on nie wie czemu... A to chłop lat 66, ogólnie zdrowy, tylko mu coś na łeb padło jak poszedł na emeryturę. Najpierw był prawie sześć mcy na zwolnieniu lekarskim, bo pracodawca zamykał firmę, więc zostałby na lodzie tuż przed emeryturą. A że pracował fizycznie, to każdy lekarz dawał L4 na kręgosłup i tak doczekał 65 urodzin. Nudziło mu się, więc z tych nudów wziął kredyt i zainstalował fotowoltaikę i pompę, obie naraz, teraz ledwo wyrabiają na raty, a oszczędność żadna, bo ileż tego prądu zużywa dwoje emerytów ? Siedzi w domu i tyje. A ona razem z nim. Bo nie wolno jej wyjść nawet na spacer, gdyż jemu się wydaje, że ona nie na spacer idzie, tylko na schadzkę, nawet jak psa ze sobą bierze. Raz, gdy pojechała do lekarza, wychodząc z przychodni zauważyła, że on chowa się za rogiem - udała, że nie widzi i od razu poszła do auta i wróciła do domu. On był szybszy i na progu przywitał ją (jeszcze butów nie zdążył zdjąć) warknięciem, dlaczego tak długo była u tego lekarza. A zapytany, dlaczego ma buty na nogach, skłamał, że właśnie zamierzał iść jej szukać! Koleżanka B. jest wierząca i chodzi do kościoła, to praktycznie jedyna okazja zobaczyć innych ludzi. On chodził razem z nią, powiedzmy, że dla towarzystwa cha cha, aż raz ktoś w żartach mu powiedział, że emerytura mu służy, bo brzuch coraz większy. To się obraził i nie chodzi, a jej w każdą niedzielę rano robi awanturę, że ona idzie na mszę. Doszło już do tego, że jedna z sąsiadek po nią przychodzi, aby mogła z domu wyjść - przy sąsiadce małżonek, póki co, się hamuje. Do sklepu sama nie wychodzi, zawsze razem, Jeśli chce sobie kupić jakiś ciuch, musi się nasłuchać, że to pewnie dla kochanka się stroi. I tak codziennie o coś się czepia... Bulwersuje mnie to.

Mówię jej: to przemoc, a B. odpowiada, że wie, ale co ma zrobić ? Domek jest wspólny, podział ról tradycyjny: on rządzi pilotem z kanapy, ona podaje mu przysłowiowe piwo i podsuwa podnóżek. Ona ma niewielką emeryturę, bo przez większość czasu była "żoną przy mężu", choć tak naprawdę prowadziła jego firmę i też pracowała fizycznie razem z nim - składek jej jednak nie odprowadzał. Jego interes, jej strata.

Znam kilka kobiet w podobnej sytuacji. Dla mnie takie życie jest nie do przyjęcia. Nadal uważam, że jedną z najlepszych moich decyzji życiowych był rozwód. Oszczędza mi to w życiu wiele stresu, mam poczucie, że jestem wolna i w miarę niezależna. W miarę, bo każdy z nas ma jakieś ograniczenia - te które mam, są jednak moją, a nie cudzą decyzją lub całkowicie od nikogo niezależne. 

Stres w życiu też mam, bo boję się trzech rzeczy: prądu, choroby (swojej i bliskich) i wojny:) Instalację elektryczną i urządzenia elektryczne mam sprawne:) Zdrowie też całkiem nieźle, absolutnie nie narzekam, bo bym zgrzeszyła:) A wojna... nie ode mnie zależy. Do ukraińskiej granicy mam blisko, w razie czego łatwo tu coś może dolecieć. Kto nie mieszka na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie, ten nie wie, jak można się zestresować, gdy o 4 nad ranem przychodzi sms o treści: "Uwaga! Uwaga! Zagrożenie atakiem z powietrza. Udaj się w bezpieczne miejsce. Ukryj się." I tak kilka dni pod rząd, w cyklach co parę dni... Gdzie mam się ukryć? Gdzie jest to bezpieczne miejsce ? Czy to działanie profilaktyczne czy realne zagrożenie ? Mam zejść do piwnicy ? Od razu wizualizuję sobie, jak mnie w niej zasypuje. No to tylko zakładam spodnie i bluzę, patrzę, czy torebka z dokumentami leży gdzieś blisko i czekam. Czasem zawyją syreny, czasem nie. Zastanawiam się, czy wnuczka też się obudziła czy śpi i martwię się, że jeśli się obudziła, to pewnie też się boi. Potem alarm odwołują, szczęśliwie zazwyczaj nic się po naszej stronie nie działo, ale ta godzina, dwie czy trzy są wyczerpujące, przynajmniej dla mnie. Może to zagrożenie jest przesadzone ? Ale jak mam to ocenić ??? Wiem, że sąsiedzi poblokowali komunikaty w telefonach i w ogóle ich nie czytają, śpią smacznie w tym czasie, kiedy ja się denerwuję. Może powinnam zrobić to samo ? Po trzech takich nocach z rzędu ze stresu przez trzy kolejne miałam migrenę, po kilku latach spokoju z tą dolegliwością. Nadal nie oglądam telewizji, w ogóle, już od wielu lat - obawiam się, że przekazywane tam treści doprowadziłyby mnie do nerwicy:) Może faktycznie lepiej nie wiedzieć i mieć spokojną głowę po zablokowaniu komunikatów RCB ? Jednak komunikaty to jedno, a latające nad domem odrzutowce to drugie - ich nie da się wyłączyć:)

Jakiś czas temu umówiliśmy się z paroma osobami, że w najbliższą sobotę pojedziemy w ukraińskie Bieszczady. W październiku powtórzymy i potem jeszcze 11 listopada, jak się uda. Stoi to w sprzeczności z moim lękiem przed wojną ? Chyba nie, bo wydaje mi się, że w tym strachu mniej mi chodzi o mnie samą, a więcej o bliskich oraz o bezradność wobec jakiegokolwiek zagrożenia. Owszem, w czasie obecnej wojny zdarzały się sporadyczne ataki na Zakarpacie i Bieszczady ukraińskie, ale w nocy i dotyczyły infrastruktury, a my będziemy w dzień z dala od jakichkolwiek obiektów strategicznych. W czwartek się okaże, czy wszyscy potwierdzą chęć wyjazdu, bo jednak musi być minimalny skład, aby finansowo to się opłaciło, jako, że wyjazd będzie wynajętym busem.

Tymczasem dzisiaj raz deszczowo, raz słonecznie, ale okropnie zimno i wietrznie. Pójdę wyprowadzić psa i zaplanowałam wyczesać koty. I zaliczyć sklep. Mam kilka fig, więc potrzebuję sera pleśniowego, żeby zrobić z nich na dzisiaj przepyszną kolację. Do tego miodek z mojej kolekcji miodów o różnych smakach:) Ślinka leci na samą myśl mniam...

ps. Ciekawa jestem, czy tu ktoś zajrzy, taki eksperyment po pięciu latach:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz