Byłam u lekarza. U lekarzy. Pójść do jednego to za mało, jak się okazuje.
Ze służby zdrowia korzystam raz w roku i to zazwyczaj z byle czym, czasem pójdę też na jakieś badanie kontrolne. To mnie kosztuje ponad 6000 rocznie składki zdrowotnej.
Tym razem straciłam głos, a zyskałam okropny ból gardła i głowy. Trzy dni leczyłam się sama, w końcu stwierdziłam, że nie ma co - trzeba szukać fachowej pomocy. Do laryngologa najbliższy numerek za kilka dni, więc zrezygnowałam z wypasionej prywatnej poradni na rzecz malutkiej osiedlowej przychodni i zarezerwowałam wizytę u lekarza ogólnego. Pani doktorka obejrzała i stwierdziła, że jak na jej oko, to mogę mieć zatoki chore, a gardło to już naprawdę... strach patrzeć, spuchnięte, czerwone i krtań w stanie bardzo kiepskim. Trza do laryngologa, żeby zatoki prześwietlić. No to mówię, że za trzy dni dopiero, więc pani dała czterodniowe L4 na przeczekanie do wizyty u laryngologa i kazała leżeć, płukać gardło, psikać w zatoki, a jak w dwa-trzy dni nic się nie poprawi, to wziąć antybiotyk. Nie od razu, bo może specjalista będzie miał jakieś inne zalecenia. I dała receptę. Poszłam do domu i dwa dni zaległam pokotem. Ból gardła spowodował, że nic nie mogłam przełknąć, zresztą i tak dostałam jadłowstrętu, jak to u mnie w chorobie bywa. W nocy budziłam się z bólu krtani (czy czego tam w gardle), trzymałam więc termos z ziółkami przy łóżku i raczyłam się co dwie-trzy godziny. Minęły 3 dni i nastał dzień wizyty u laryngologa. Zapisałam się na podstawie abonamentu pracowniczego w największej (i podobno najlepszej) poradni w mieście. Ledwo się dowlekłam, bo mnie nieco choroba i przymusowy post osłabiły, na dokładkę zapomniałam termosu z ziołami i ledwo co przełykałam ślinę, tak mnie zatykało. Pani laryngolożka w wieku około lat 30 wysłuchała listy moich dolegliwości, zajrzała mi w gardło, w uszy i zapytała: a właściwie, to po co pani przyszła, przecież pani ma zdrowe gardło. Sądziłam, że się przesłyszałam. Czyż nie słyszy, jak mówię ? A ona na to: taki ma pani głos, to tak pani mówi. Doktorko, toż ja ledwo ślinę przełykam, tak mam ciasno w gardle. I przecież pani słyszy, jak kaszlę. I nie śpię po nocach z bólu wyschniętej nadwyrężonej krtani. A ona na to: przesadza pani. Jest pani zdrowa, cieszyć się trzeba. A moje zatoki ? - pytam. A pani beztrosko: jak głowa przestała boleć, to znaczy, że wszytko w porządku. No to dziękuję za wizytę i jak się pani pogorszy, to proszę przyjść. No i proszę sobie na noc wziąć coś na sen. Przez chwilę zastanawiałam się, czy jestem w jakiejś ukrytej kamerze, a może za laryngolożkę podszyła się jakaś sprzątaczka albo co...? Osłupiała wyszłam z gabinetu, usiadłam na krzesełku w poczekalni i zastanawiam się, co z tym fantem zrobić. Tłumek w poczekalni się kłębi, ale ... pod innymi drzwiami. Do "mojej" lekarki nie ma nikogo. O żesz! Chyba trafiłam na "specjalistę", ale od siedmiu boleści ! W mojej ocenie, nie nadawałam się do pracy z tak ostrymi objawami. Pomyślałam chwilę i pojechałam do osiedlowej poradni. Lekarki, która przyjmowała mnie wcześniej akurat nie było, zapisałam się do pierwszej wolnej. Udałam głupiego i powiedziałam, że byłam już raz, a teraz przychodzę kontrolnie dopytać się, czy mam brać ten antybiotyk czy nie, bo jednak wcale mi nie lepiej ? O laryngolożce nawet się nie zająknęłam. Pani zajrzała w gardło, poświeciła latarką, pokręciła głową i powiedziała, że jest stan zapalny o podłożu bakteryjnym i jak najbardziej nie czekać, tylko wziąć zapisany antybiotyk. Do tego dała mi dwa "robione" na zamówienie płyny do płukania, kazała ogrzewać szyję, pić ciepłe ziółka, skoro przynoszą ulgę, robić sobie inhalacje, spać w czapce i stosować różne babcine sposoby na podniesienie sobie komfortu chorowania i absolutnie nie chodzić do pracy aż do przyszłego poniedziałku, bo szkoda zdrowia. Wszystkie zalecenia realizuję:) Już po dwóch tabletkach antybiotyku poczułam wielką ulgę w gardle i i mniejszy wyciek z zatok. Dziś była pierwsza cała przespana noc od tygodnia. Mam nadzieję, że tydzień wystarczy na doprowadzenie się do stanu używalności.
Tym oto sposobem, zamiast jednej wizyty rocznie, mam już trzy zaliczone w nowym 2018, a nawet styczeń jeszcze się nie skończył:)
Gdy zwierzyłam się koleżance pracowej ze swoich przeżyć, odrzekła zdziwiona, że nie chodzi się chorym na wizyty abonamentowe, gdyż lekarz ma interes w tym, żeby NIE DAĆ zwolnienia, zamiast je DAĆ. Podobno poziom wynagrodzenia w tej prywatnej przychodni za wizytę dla lekarza, gdy nie daje zwolnienia jest większy, niż dla tego, co je wypisuje. To ja bardzo przepraszam - nie wiedziałam, że o mojej chorobie świadczy stawka za wizytę, a nie objawy tej choroby! Już ja tej pani laryngolożce zrobię "reklamę"! A co ? Może mój pracodawca sobie myśli, że w ten sposób uleczy swój personel ? Słaba metoda. Około 20% stanu pracowniczego jest na zwolnieniu. I obiecuję, że od teraz przy każdej najbliższej okazji choroby, nie będę się podpierać nosem, tylko będę brała zwolnienie, ile dają, ale nie w przychodni abonamentowej:)
A jak jeszcze raz usłyszę, że młodzi lekarze mają jakieś wymagania, to im sama powiem, żeby się wypchali. Najpierw niech się nauczą leczyć, niech się nauczą, co to jest etyka lekarska, a dopiero potem niech mają jakiekolwiek roszczenia. Ja, jak zaczynałam pracę, to też startowałam z najniższej stawki, jak każdy. Mistrza czyni doświadczenie, w każdym zawodzie.
14 komentarzy:
Trafiłaś na byle jaką lekarkę. Dobrze,że nie zaufałaś jej diagnozie. Ale poza takimi lekarkami są i inni- dobrzy i odpowiedzialni. Chyba tu- jak i w innych dziedzinach- nie można generalizować. Zdrowia Ci życzę- dużo i szybko.I zero podobnych doświadczeń! :)
A ponadto- będę zaglądać.Ciekawie piszesz.
Coś jest na rzeczy, bo ja miałam takie same problemy z lekarzem ogólnym, który nie chciał dać mi skierowania do endokrynologa, choć opisałam lata przebiegu choroby. Musiałam przynieść całą dokumentację medyczną. Lekarz był w podobnym wieku, jak Twoja laryngolog. Z tego co wiem, lekarz ma swoją pulę pieniędzy. Jeśli wyśle kogoś na badanie, z tej puli ściąga mu się od każdego pacjenta na którego wypisze skierowanie do poradni specjalistycznej, określoną kwotę. Siłą rzeczy w jego OSOBISTYM interesie jest walczyć o to, żeby pula pozostała nietknięta i trafiła na jego konto. Dlatego nie wypisuje od razu skierowania, tylko każe pacjentowi wykazywać argumenty za wypisaniem skierowania. Zważywszy na fakt, że pacjentom ściąga się składkę na ubezpieczenie zdrowotne, zagrywka jest nie fair.
BBM - dziękuję za życzenia zdrowia, powoli zaczynają się spełniać. Nie mam doświadczeń z branżą medyczną, szczęśliwie nie było potrzeby korzystać, ale aż boję się pomyśleć, co przechodzą ludzie chorujący poważnie i często. I ja pewnie kiedyś jeszcze nie raz się zdziwię i zdenerwuję, wszak zdrowsza na starość się nie zrobię:)
Ze dwa albo trzy lata temu poszłam do lekarza, gdyż dokuczała mi migrena. Także trafiłam na młodą lekarkę. Ta podeszła do tematu kompleksowo. Wymyśliła mi tyle chorób, że na koszt pracodawcy (w ramach abonamentu) zostałam przebadana tak dokładnie, jak jeszcze nigdy w życiu:) Tomograf, wszelkie usg, badania krwi na wszelkie możliwe choróbska i wiele innych co ich nawet nie pamiętam. Okazało się, że zdrowa jestem jak ryba, rydz i koń razem wzięci:)) To ta doktorka na mnie nie zarobiła:)
Niestety to chyba robi sie standardem, ze wizyta u jednego lekarza nie wystarczy. Moje dzieciaki ciuagle choruja i z jedna chorba srednio chodzimy do trzech lekarzy a mlodych omijamy z daleka:-) orzez niedouczoinego lekarza rodzilam naturalnie prawie 5 kg dziecko przy niskim wzroscue i drobnej budowie ciaka i omal nie umnarlam ja i dziecko. Do tej pory doichodzimy do siebie ja mam rehabilitacje na kregosluo a syn podczass porodu mial wylew krwi do moizgu i ma tylkko niedowlad lewej strony ciala i tez rehabilitacja. Ma 4 miesiace i 3 razy byl juz w szpitalu. A lekarze mowia, ze powinnam sie cieszyc... Niby z czego, ze calka ciaze bylo ok a oni zrobili ze dziecko mam niepelnospraewne? Prosilam o cesarke bo czxulam, ze nie idzie tak jak przy pierwszym porodzie to mnie wysmiano...ale patrzyli tylko na rece i wiadomo bylo, ze chodzi o kase. Tragedia ale ciesze sie, ze zyjemy :-) duzo zdrowka
No nie, żeby tacy lekarze byli? Najważniejsze jednak, że czujesz już się lepiej. Ja właśnie jestem po prześwietleniu zatok. Bo niestety tak mnie leczyła p.w przychodni, że musiałam iść prywatnie.
Pozdrawiam i zapraszam.
Bardzo Ci współczuję z powodu takich przeżyć. Trzeba być bardzo silnym, aby dalej żyć po takiej traumie, ale dzieci są najlepszym motorem naszych działań.
Na pewno sa tez bardzo dobrzy lekarze, ale zewsząd się slyszy o braku wiedzy zarowno u mlodych jak i u starszych, ktorzy nie aktualizuja swojej wiedzy. Przynajmniej Ci na niższych szczeblach.
przecież od źle leczonej anginy można umrzeć!
zdrowia życzę!
Że to się dzieje naprawdę?Współczuję ..Ale lekarz czasami przypomina "konowała"...☺
Szczęściem żyję :) Aczkolwiek chyba raczej nie za bardzo zdrowa na to gardło. Klaniaja się lata pracy w klimatyzowanych wysuszonych pomieszczeniach, chyba.
Nigdy nie miałam i nie mam zaufania do lekarzy. Nienawidzę do nich chodzic. A jak mi córka moja mająca na studiach praktyki w szpitalach, a potem pracująca na akademii medycznej naopowiadala co się w tym środowisku lekarskim ( nie mylić z pielegniarskim) dzieje, to naprawdę zgroza.
Moja też medycynę studiuje .Tylko że w Szwecji.Tu jest całkiem inaczej.Nie można nawet źle spojrzeć na pacjenta .Wszyscy są chorym zainteresowani,poświęcają czas i nie ma czegoś takiego ,jak pozbywania sie raz dwa byle przebadać..Fakt ,że tu na badania specjalistyczne czeka sie od miesiąca do trzech...Ale nie dłużej.Przesyłają zawiadomienie,mają dla pacjenta 30 minut.Wystarczy ,by lekarz zbadał dokładnie,porozmawiał .Do tego zanim lekarz wypisze receptę, to kieruje na badanie krwi i za kilka minut zaprasza,sprawdza wynik i wie na wstępie co dolega.Życzę zdrówka::)
Też się zastanawiam, co się dzieje z naszymi lekarzami. Gdzie przysięga Hipokratesa. Co mają w głowach. Pokończyli te studia tylko chyba dla kasy i wciąż mają za mało. Chociaż są też wyjątki. Elżbieta
Prześlij komentarz