niedziela, 10 marca 2019

Prosto z miski


Nie jestem fanką YouTube, ale czasem korzystam, szczególnie jeśli potrzebuję zidentyfikować jakąś piosenkę (w ten sposób odkryłam Korteza), nauczyć się słów piosenki dla dzieci, aby śpiewać z wnuczkami, nieraz też oglądam filmy z miejsc, w które zamierzam się udać. Czasem zaglądam z polecenia, bo ktoś znajomy coś opublikował. Moim zdaniem, jest tam tak wiele różnych różności, że  można by całkiem wsiąknąć na kilka godzin, ale jest to tak ogłupiające, że już po kilku filmach mam dość.  Kilka dni temu zajrzałam do YT po coś i natknęłam się na filmy dziewczyny z Chin. Wpadłam jak śliwka w kompot:) Jestem nią zachwycona (szybko mi przejdzie, bez obaw:) Nie umiem czytać po chińsku, więc nie wiem, jak się bohaterka filmów nazywa. Obejrzałam pewnie z 10 filmów, większość o gotowaniu, ale też jeden okazywał,  jak robiła huśtawkę i jeden, jak zrobiła cudną drewnianą szafkę do łazienki. Bardzo mi się podoba, że nikt w tych filmach nie gada. Jest tylko obraz (rewelacyjna kamera) i dźwięki. I to wystarcza, żeby zbudować specyficzny klimat filmów tej dziewczyny, wyróżniający ją od innych. Moim skromnym zdaniem, filmy są bardzo profesjonalne i mają nawet bohaterów drugiego planu:)


Oglądając gotowanie potraw, natknęłam się na film poniższy, który mnie trochę zbulwersował. Każdy po obejrzeniu będzie wiedział, o co mi chodzi:) O gotowanie żywych krabów. Nie będę jednak snuła teraz wynurzeń, czy to humanitarnie czy nie, bo w tym momencie o co innego mi chodzi, a poza tym to inna kultura, również kultura kulinarna. Dziewczyna gotuje potrawy z różnego mięsa, którego ja prawie wcale nie jem, ale w oglądaniu mi to nie przeszkadza, bo nie jestem jakoś specjalnie nawiedzona w temacie ekologii i ochrony zwierząt przed pożarciem przez człowieka. Kto chce ten je, kto nie chce, niech nie je. I o tych krabach teraz piszę tylko w kontekście takim, że jak można jeść coś takiego, co patrzy z talerza na jedzącego posiłek i co przypomina wielkiego robala z odnóżami ???:)



No, i tak mi się nasunęła myśl, że ludzie jedzą różne rzeczy, przy których taki krab (albo cokolwiek to było) to wielkie nic i drobnostka. To, że jedzą robaki, szarańcze i inne glisty to od dawna wiadomo. O jedzeniu zgniłych jajek i jaskółczych gniazd uczą w podstawówce. O skisłych śledziach czyli surströmming większość też słyszała. I także o lukrecji, innym szwedzkim przysmaku. Bycze jaja, świńskie uszy, zapłodnione kacze jaja, zgniły rekin, trująca ryba fugu, sardyński ser z larwami muchy, śmierdzący owoc durian, kogucie grzebienie, mątwy atramentowe, ryżowe wino na małych myszkach, pieczone morskie świnki i inne dziwne dla nas potrawy, w innych częściach świata to potrawy z wyboru albo z biedy.


Rybki caca, które jadłam w Bułgarii

Zdałam sobie sprawę, że właściwie najbardziej ekstremalnym daniem, jakie jadłam była paella hiszpańska z owocami morza (nie lubię owoców morza i boję się ich! oraz robi mi się na ich widok niedobrze), także hiszpańskie smażone wołowe ucho (ohyda !:), maluśkie rybeczki caca jadłam w Bułgarii (były pyszne, ale dla mnie ekstremalne, bo je się je w całości z wnętrznościami, a ja nawet szprotkę dokładnie obieram i jem tylko same mięsko)  i ... i niewiele więcej:)

Strasznie ubogie jest to moje menu ekstremalne:)) No, chyba, żeby do tego dorzucić flaczki wołowe, zsiadłe mleko, kiszoną kapustę.. wielu europejczyków nie wzięłoby tego do ust:)

Pochwalcie się więc, jaką najdziwniejszą potrawę jedliście i gdzie ?


25 komentarzy:

wilma pisze...

Jadłam ślimaki i udka żabie, ale nie wiem, czy to obecnie jest taka naprawdę egzotyczna potrawa.
Jadłam to jako dziecko (ciotka z Francji przywoziła), teraz bym tego nie ruszyła, choć wtedy mi chyba (skoro jadłam) smakowało.
Jako dorosła osoba jadłam duże mrówki w czekoladzie.
Nieświadomie, poczęstował mnie nimi kolega w pracy (pilot), smakowały jak draże czekoladowe z nadzieniem miętowym(?), mentolowym(?)z tym że to nadzienie przyjemnie chrupało, coś tak, jak się je wafelki.
O mało mi się nie cofnęło, jak się dowiedziała co to było;).

haniamrok pisze...

W czasach kartowych, jako nastolatka, jadłam pieczeń z nutrii (ciotka hodowała na skórki). Smaczne mięso , robione na dziczyznę , ale miałam nie mówić tacie "żeby mu sie nie cofnęło". Chyba mama chciała, żeby zjadł mięso (jakiekolwiek), a bała się, że mógłby nie chcieć zjeść(nazywało się, że to zając). Na obozie wędrownym w liceum chłopacy złowili raki i próbowałam (trochę, jak ryba). Owoce morza lubię, ale żadnej langusty ani homara (z oczkami) nie jadłam. Jadłam kangura z grilla, normalne mięso. Też w licealnych czasach przyrządzałam i jadałam móżdżek, bardzo lubiłam (był w sklepach mięsnych), potem w związku z prionami zniknął ze sklepów. Jadłam też te rybki smażone w całości. w Chorwacji, mówili, że to sardynki(?)Nie powiem, że zjem wszystko ( w Malezji jednak miałam kłopot z wyborem potraw), ale w Europie lubię nowe smaki np. szkocki hagis (prawie, jak nasza kaszanka z podrobami).
Piękne te chińskie filmy, takie nastrojowe i takie niedzisiejsze, jakby czas sie cofnął. I ta dziewczyna taka ładna. Składniki potrawy niezwykłe, nie wpadłabym na pomysł dodawania do sosu wody od kwiatów ;)Ale spróbowałabym tej potrawy.

Lucia pisze...

Ja w zasadzie jem wszystko. Owoce morza uwielbiam. Ale one nie są czymś dziwnym. Slimaki i zabie udka też lubię. Tak ze w zasadzie nie mam się czym pochwalic.😄

Zielonapirania pisze...

Przypomnialas mi, ze jeszcze osmiornice jadlam:) Bez rewelacji.
Reakcji na mrówki w czekoladzie wcale się nie dziwie:)

Zielonapirania pisze...

O pieczeni z nutrii slyszalam, ale nie jadlam. Ale moja byla tesciowa kupowala czasem konine, ja tego nie jadlam, natomiast byl zakaz mowic tesciowi, ze to mieso z konia:)
Azja chyba przoduje w takich niecodziennych potrawach.

Zielonapirania pisze...

Luciu, Twoje ulubione potrawy są dla mnie wystarczającym ekstremum:) Jeszcze kiedyś muszę spróbować moczki:))

Frau Be pisze...

Nic dziwnego nie przychodzi mi do głowy, bo po przeczytaniu tego wszystkiego zrobiło mi się słabo. Jedno tylko widzę światełko w tym kulinarnym festiwalu zgrozy: lukrecję. Kocham, kocham, kocham!

Ela Kos pisze...

Facet zamówił danie dnia w restauracji. Pyta kelnera, co to jest TO na talerzu. "Ozorki proszę pana". Oh nie, nie wezmę do ust czegoś, co ktoś już miał w pysku! "W takim razie co podać?"-pyta kelner.
DWA JAJA SADZONE POPROSZĘ.
Ot i wszystko na temat tego, co jemy (i czego nie ruszymy za skarby!!!)

Zielonapirania pisze...

A widzisz! jakie różne są gusta kulinarne:)

Zielonapirania pisze...

Hi hi :) A'propos ozorków, dawno temu, ale jadłam i nawet mi smakowały:) Były takie mięciutkie i smacznie przyprawione, ze wspominam pozytywnie.

Anna K. Olszewska pisze...

I akustyka i obraz, wspaniale. Życie, jakiego nie znamy. Takie to nawet romantyczne trochę.
Za kulinarnymi filmami nie przepadam.
Co najdziwniejszego jadłam? Może opowiem Ci o czymś innym, czego nie kosztowałam (i nie zamierzam). W Szwajcarii w niektórych kantonach jada się psy i koty.

pani z apteki pisze...

Krewetki uwielbiam mimo, że na mnie patrzą ;) Móżdżek jadałam w latach dziecięcych, smakował mi. I cynaderki też, i ozorki ;) Haggis- jeśli jadasz kaszankę, to nie ma się czym ekscytować. Natomiast wybitnie mi nie podeszły pierogi z płuckami u teściowej ;). Ośmiornice i małże zjem- bez zachwytów jednak... Mojemu mężowi podano kiedyś w Niemczech podczas pobytu służbowego na "poczekajkę" coś chrupiącego- czyli smażone "robaki"- chyba wije... Nie wiem, nie byłam, potem okazało się, że knajpa ma gwiazdkę Michelina ;)

Zielonapirania pisze...

Nie uwierzylabym, ze w tak cywilizowanym kraju zjada się Burki i Mruczki, jakby nie to, ze wiadomość z pierwszej ręki ! Ciekawe, skąd taka tradycja? Mówi się o jedzeniu psów w Azji, ale w Europie?!

Zielonapirania pisze...

Samo słowo "wije" kojarzy mi się z tasiemcem, a fuj:)!

Stokrotka pisze...

Zaglądam tu do Ciebie od pewnego czasu. Rozglądam się i czytam.
Pewnie jeszcze nie raz zajrzę.
A jeśli chodzi o dziwne rzeczy które kiedys jadłam.... to nie lubię specjalnie żadnych "dziwactw" więc nie mam się czym pochwalić.:-))
Pozdrawiam serdecznie

Zielonapirania pisze...

Miło, że zajrzałaś:) Ja też podczytuję Twój blog:)

pani z apteki pisze...

To takie robaki, które żyją w drewnie, w sumie nawet czyste ;)

Zielonapirania pisze...

https://www.newsweek.pl/swiat/szwajcarzy-tradycyjnie-jedza-koty-i-psy-newsweekpl/9lfl8fq

Tu znalazłam odpowiedź na swoje pytania. Straszne.

Danka pisze...

Tak ogólnie ,jak nie mam do jakiejś potrawy ochoty na zjedzenie ,to nie jem .A szczególnie dziwacznych potraw.Nie jestem ciekawa jak smakują..Jestem w zasadzie nauczona i przyzwyczajona do potraw tradycyjnych.Jeżeli chodzi o ciasta i wszelakie owoce ..To tak,mogę wszystko.Ale owoce morza,jakieś dziwadła ☺☺nie ruszę.Za mało człowiek wędruje po świecie i może to jest błąd..
Ale u nas w Szwecji są śledzie ,które sprzedają tylko przed świętami.I kto jest ciekawy smaku ten sie nie naje,a będzie wymiotował.Trzeba puszkę otwierać w wodzie na zewnątrz,bo jak zrobisz to w domu ...i otworzysz...to koniec świata ,smród i nie da rady sekundy wytrzymać...Oglądałam nawet program jak robią te śmierdzące śledzie.Obróbka jest okropna..Szwedzi rdzenni potrafią to jeść.Ja zabroniłam mężowi nawet dla zabawy kupować takie śledzie znajomym..By spróbowali...Straszny smród..A ludzie to jedzą☺☺☺Pozdrawiam.

Zielonapirania pisze...

To te słynne surströmming? One sa podobno jedzone jakims specjalnym sposobem, aby w ogole bylo mozliwe przelkniecie. Czytalam o nich w necie. I choć jestem wielbicielka sledzi, to tych też bym nie tknela:)

Anna K. Olszewska pisze...

Ano właśnie. Na początku dowiedziałam się o tym od znajomego Szwajcara, ale myślałam, że żartuje. Młody jeszcze i może ma nierówno pod sufitem – myślałam sobie. Aż w końcu na blogu jednej z emigrantek, przeczytałam artykuł potwierdzający owe dramaty. Potem sama zaczęłam szukać i cóż, Szwajcarzy już się nie wybronią przed moją ponurą opinią.
Kraj może i cywilizowany, ale tak naprawdę, to od niedawna.

kobieta w pewnym wieku pisze...

Ciekawe te filmiki. Piękne obrazy, ogród las itd, a co do jedzenia, na filmie wszystko wyglądało zachęcająco, apetycznie. Prawie czułam aromaty. Jednak chińskie jedzenie? Podchodziłam do niego ostrożnie, kiedy tam byłam. Zupy smakowały wg mnie jak woda po spłukanej ścierce, mięsa się bałam, bo ponoć hodują nawet szczury do jedzenia. Jadłam tylko potrawy roślinne, a bardzo smakowały mi pierożki z przeróżnymi nadzieniami. Też z mięsem. Może tam nawet był szczur. Mówili, że nie, ale skąd wiadomo jeśli mięso było zmielone. Nie wiem co było moją najdziwniejszą potrawą, którą jadłam. Robiłam kiedyś ślimaki winniczki i to nie z chęci spróbowania, ale z zemsty, że mi ogród zjadały. Najpierw łapałam i wynosiłam. One wracały, więc poszukałam jak się je robi i zrobiłam. Roboty dużo, efektu mało, ale były. Smacznego

Skarlet B.I. - notatki z życia i podróży pisze...

Bardzo lubię cacę i rekina. W Bułgarii jada się też suszony safrid (nie wiem jak nazywa się ta rybka po polsku, ale to chyba jakaś odmiana czy podgatunek śledzia).
Kuchnia azjatycka jest rzeczywiście bardzo specyficzna. Moja koleżanka Tajwanka mawia (żartobliwie), że z tego co lata nie jedzą tylko samolotów, a z tego co pływa statków. Uraczyła mnie kiedyś jakimiś morskimi wodorostami (przyznam, że były smaczne) :)

Zielonapirania pisze...

Przyznam, ze i dla mnie potrawy roślinne są bardziej bezpieczne:) podziwiam za samodzielne przyrządzenie winniczkow:) i to jeszcze z zemsty:)

Zielonapirania pisze...

Ogladajac programy podroznicze z ciekawością patrzę na upodobania kulinarne Azjatów i to co widzę, nie bardzo mi pasuje:) Zreszta, jak dla mnie jest zbyt wiele roznic kulturowych i innych, i mimo wielu walorow przyrodniczych i zabytków itp nigdy nie ciągnęło mnie do Azji.

Prześlij komentarz