Cóż, okazuje się, że jednak ktoś tu zagląda - wejść w nowy post z blogów, jakie mam zapisane na liście było ponad 240, wejść z obcych ponad 550. Dla mnie to bardzo dużo, ale nie dla statystyk uruchomiłam ponownie wpisy. Właściwie to nawet nie wiem po co, bo wyżywam się blogowo gdzie indziej przecież - to był jakiś impuls. Nie czuję za bardzo potrzeby dokumentowania każdego swojego dnia, ale przeczytałam swoje wpisy sprzed lat i okazały się one dla mnie samej ciekawe:) O wielu sprawach już zapomniałam, przypomnienie było nawet przyjemne.
Jeszcze zielono, ale wyraźnie idzie jesień, dni coraz krótsze, wieczory będą coraz dłuższe. Od jakiegoś czasu myślę o organizacji nowej codziennej rutyny. Nieco się u mnie zmieniło w ostatnich latach. Wyczerpały mnie zawodowo, poczułam, że już nie chcę codziennie logować się do systemów pracowych, borykać z powtarzającymi się problemami, z których nikt nie wyciąga wniosków, przelewać z pustego w próżne, udawać, że czegoś nie widzę i zakłamywać codzienność. Rzuciłam wypowiedzeniem i w sierpniu tego roku z dnia na dzień mój poziom zadowolenia z codzienności się podniósł. Szef chciał, żebym jeszcze do końca roku została dokończyć projekt, w którym uczestniczyłam. Nie zgodziłam się, bo ten projekt jest do d...y i nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I nie zakończy się do końca roku, jestem pewna, ponieważ nie ma warunków do doprowadzenia sprawy do końca: warunków prawnych, organizacyjnych i wielu innych. Miałam swój pogląd na ten projekt, odmienny od narzuconego rozwiązania, ale kto by tam słuchał pracownika, nawet jeśli przed nazwiskiem ma dumne "starszy specjalista". Nowy prezes z koziej wólki rzekomo wie lepiej, no to niech sobie radzą. Ja już jestem wolna. Cyberprzestępcy też już wiedzą o projekcie i się uaktywnili, będą mieć super okazje, jak to dziurawe sito firma wdroży. Nie przeczę, że w internecie śledzę informacje w temacie oraz czytam nowe wpisy na stronie firmowej, a czytać między wierszami umiem dobrze.
Przyjaciółek w firmie nie miałam, tylko koleżanki. Na razie się do nich nie odzywam, one do mnie też nie i oby tak zostało. Te z zespołu chyba nie bardzo ogarniają skutki projektu, co najwyżej jedna, reszta jeszcze daje się czarować, no ale z czegoś te kredyty hipoteczne muszą spłacać. Ja już nic nie muszę. W ostatnich latach tak mnie ta praca wykończała, że nie miałam na nic siły. Zarzuciłam nawet uprawę działki, ale postanowiłam już, że wrócę do niej wiosną. Póki co nieco przeorganizowuję ogródek. Kocham wszelkie krzaczory, ze dwa jeszcze posadzę:)
Tak więc mam więcej czasu... Czytam namiętnie, słucham audiobooków i podkastów. Oglądam filmy. wysypiam się. Hamakuję, podróżuję bliżej i dalej. Chodzę do filharmonii. Puzzle może wreszcie ułożę, bo od roku czekają cztery wielkie reprodukcje dzieł sztuki. Od października dwa razy w tygodniu będę chodzić na zajęcia w klubie sportowym, już się zapisałam. Zapisałam się także na kilka kursów online w programie Navoica, fajna sprawa, polecam.
Synio zaproponował, żebym wróciła do miejskiego mieszkania choćby na zimę, ale według mnie to jeszcze nie czas. Chodziło mu o to, że mam tu piec, który trzeba rozpalić i pilnować, ale już zniosłam do kotłowni dwie tony opału, to co mi tam pilnowanie pieca:) Jeszcze nie grzeję, jest ciepło. Zresztą, co by na przeprowadzkę do miasta powiedział mój pies i trzy koty ? I ja sama ? Tam mam dwa razy mniej powierzchni, choć dostęp do kultury miałabym lepszy. Coś za coś, jednak jeszcze nie, nie jestem jeszcze taka stara:) Poza tym w zeszłym roku zrobiłam sobie mały tarasik z wyjściem z mojego buduaru i zimą odpalam elektryczny kominek, siadam w domu pod tymi drzwiami tarasowymi na poduszkach z gorącą herbatą i książką i to jest mój ulubiony czas w zimowe dni, kiedy za szybą śnieg, ptaki w karmniku i szumiące ogromne świerki.
Na wsi sporo się dzieje, będą nam budować w odległości kilometra trasę szybkiego ruchu. Dotychczasowa nitka trasy kończy się kilka km przed wsią. Zakładają też światłowód, dotychczas korzystaliśmy najczęściej z internetu mobilnego. Pięknie odnowili park i pałac, ma być jakiś ośrodek konferencyjny, wczoraj oddawali do użytku, zapalili wszystkie światła w pałacu i w parku, wyglądało to pięknie. Mamy też we wsi nowe oświetlenie uliczne, więc nie muszę chodzić z psem na wieczorne spacery z latarką (ale i tak ją biorę, aby oznaczyć swoją pozycję dla ewentualnych samochodów), położono też chodniki. Paczkomat nawet mamy we wsi:) Mój poziom integracji z mieszkańcami wsi bez zmian, czyli kogo znałam (osoby nieliczne) tego znam, innych poznawać nie chcę, nie asymiluję się. Nadal moi bliżsi znajomi to osoby z miasta.
Planuję jakieś jesienne wypady, choć paliwo drogie jak diabli. Szukam połączeń kolejowych do fajnych miejsc, bo mam sporą zniżkę na pociągi, ale wszystkie z przesiadką w bardzo niedogodnych godzinach. Chciałabym wyjechać przed świtem i do południa dojechać, a kolej oferuje mi odjazd przed południem i dojazd przed wieczorem - cały dzień stracony. Szukam więc krótszych tras, po weekendzie ma być pogoda, szkoda w domu siedzieć. A weekendowy wyjazd w ukraińskie góry spalił na panewce. Ludzie się najpierw zdeklarowali, a potem połowa się rozmyśliła, bo "alarmy". One w Ukrainie były, są i będą, tylko nam RCB powiadomień nie wysyłało. A w Bieszczady ruscy dronów ani samolotów nie wysyłają, bo i po co, jak tam nic nie ma, tylko puste góry. Ale nie wytłumaczysz... Zablokowałam te smsy z RCB, żeby mnie nie denerwowały, jak mi się przypomni to zaglądam do ukraińskiej aplikacji, którą zainstalowałam w telefonie.
Kolor żółty pokazuje zagrożenie atakiem dronów, czerwony - tu już wszelkie rodzaje broni, im ciemniejszy odcień, tym zagrożenie większe.


1 komentarz:
Przyjaciółce wszystkiego najlepszego!
Też bym przeciągała pobyt na wsi. Zwłaszcza, że wieś cywilizuje się, a jednak mimo wszystko spokojniej. I ogród jest!
Prześlij komentarz