Hardcore. Odśnieżyłam wieczorem podjazd z myślą, że jak nawet w nocy napada, to rano mniej będzie śniegu do przewalenia. Wyszłam koło 9.00 i patrzę zadowolona, że napadało całkiem mało, więc spokojnie ruszyłam i wyjechałam. Do czasu. Ten krótki około 200-metrowy kawałek drogi, który prowadzi od wyjazdu do trasy głównej cały w zaspach! Wiadomo, ferie, gimbus nie jeździ to i po co odśnieżać.... No i kurka wodna zakopałam się. Ba! zawiesiłam! To wszystko przez to, że zaspy sprowokowałam kupieniem wczoraj nowej szufli do śniegu, którą wsadziłam do auta. To taka ironia losu. Bo jakbym nie wsadziła jej do auta, to NA PEWNO śniegu tyle by nie napadało. Bo po co, skoro nie miałabym szufli ? Biorąc pod uwagę wszelkie pechy i drobne nieszczęścia, jakie mi się trafiają od ..... powiedzmy...października, skłonna jestem uwierzyć we wszystko.Ponieważ jednak należę do osób, które - jak ten koń - prą do przodu, chyba, że ogień - wyjęłam rzeczona szuflę i ... do roboty ! I ona się małpa złamała. Nie poddałam się i z łopatą z trzonkiem półmetrowym intensywnie walczyłam ze śniegiem, wciąż nawiewającym. Co z jednej strony odkopię, z drugiej znów nawiane.Skutkiem jednak mojego uporu auto zostało odkopane, ale ja siedzę w biurze i suszę się, bo jestem cała mokra. Bowiem, aby auto odkopać pod spodem, musiałam nawet położyć się w zaspie - portki mokre i rękawy u bluzki do łokcia można wyżymać. O płaszczu nawet nie wspomnę. A i tak nic by z tego nie było, jakby nie takie dwa młodziaki, które mi pomogły w wyjechaniu z zaspy, jak już się odkopałam. No, to zima jest naprawdę. zastanawiam się, czy dziś wracając do domu nie zostawić auta na przystanku autobusowym. .... bo skoro gimbusy i tak nie jeżdżą...:)
No cóż.... podobno jutro koniec zimy, daj boże manitou, bo mnie się już ona znudziła, a poza tym w niedzielę planuję mały wyjaździk, więc przydałyby się czarne bezpieczne jezdnie.
Mam nadzieję, że przynajmniej do końca tygodnia żadne przykre niespodzianki mnie nie spotkają. Mam wolne w etatowej i chciałabym czas spędzić miło i przyjemnie.
Na dziś zaplanowałyśmy z Młodą pierwszą wizytę u krawcowej, która będzie szyła ślubną suknię. Na jutro nie pamiętam co:) Pojutrze idę z Młodszą na usg, pierwszy raz zobaczę dziecko:) W ogóle nigdy nie widziałam usg ciąży. W sobotę idę z koleżanka do kina. w niedzielę wyjażdzik. A od poniedziałku zaczyna się druga praca... ojjj...!
10 komentarzy:
Widzę, że u Ciebie się dzieje i to jakie podniosłe chwile (no może oprócz zaspy).
A propos wróżby z łopatą. Latem (ech kiedy to było) gdy miałam ze sobą okulary przeciwsłoneczne to padało, gdy zabrałam parasol słońce świeciło jak głupie. Przypadek?
Ja bym raczej powiedziała, że wiedźma jesteś, bo przeczułaś, że łopata Ci się przyda :)
Szkoda, że kiedyś usg nie było! To musi byc niesamowite uczucie ogladać swoje jeszcze nienarodzone!
Macham!
no to przed Tobą moc atrakcji!
Mam tak samo z parasolką:)
Zimą zawsze wożę łopatę w aucie, ale w przeddzień oddałam do służbowego auta, bo się im zepsuła, więc nabyłam nową - w sama porę:)
Teraz to i w wymiarze 3D można dzidziusia zobaczyć:) Takiego... przestrzennego, nie płaskiego hi hi :)
Zaraz będzie atrakcja pierwsza: o 15 mamy usg:)
Czasami przestraszyc sie mozna. W razie czego, nie bierz na powaznie. Córeczka mojego kuzyna urodzila sie daleko bardziej urodziwa, niz trzywymiarowe usg przepowiedzialo ;)
Dzidziuś jest boski, piękny:) Piękna, znaczy się:)
Prześlij komentarz