sobota, 25 stycznia 2014

Wraz ze zmianą bloxa na bloggera straciłam zapał do pisania tego niby-pamiętnika i mam wrażenie, że nic się nie dzieje. Bo co ciekawego jest w tym, że wiejskie żuliki jednak wycięli i pocięli na kawałki te dwa słupy i dziczkę, mimo potężnego mrozu. Zresztą sama też na tym mrozie z nimi dziś pracowałam, to wiem, że to wcale nie straszne, wysiłek fizyczny rozgrzewa, mrozu się nie czuje. Razem z nimi zniosłam pocięte i porąbane drewno do piwnicy. Przez to poczułam się zwolniona z codziennego podskakiwania na stepperze przed tv:)  Oprócz zapłaty w złotych zyskali z tego przedsięwzięcia trochę drewna do pieca dla jednego z nich, co - jak myślę - było ich równie ważnym celem, co gotówka. Nie narzekam, bo za te pieniądze, co im zapłaciłam pracowali pełną dniówkę, a ja nie dość, że mam teraz porządek na hektarach, to jeszcze drewno w piwnicy wartości pewnie takiej, jak im zapłaciłam. Rozwodzę się tak nad tym, bo po prawie dwóch latach mieszkania na wsi wreszcie zawarłam znajomość z jej mieszkańcami (o sąsiadach i sołtysie nie mówię:) - na początek z żulikami:) Podejrzewam, że wieś o mnie plotkuje, ale ani tego nie jestem ciekawa, ani nie zamierzam dążyć do sytuacji, kiedy nachodziliby mnie sąsiedzi na kawkę, herbatkę lub kielonek. Dom zawsze był moją twierdzą i niech tak zostanie. Chcę się w nim czuć bezpiecznie i spokojnie, bez pukania i dzwonków do drzwi. Nie wiem, co wieś o tym sądzi, może myślą, że się wywyższam albo co, ale zwisa mi to kartoflaną nacią. W mieście żyłam w miarę anonimowo i przeniosłam to na grunt wiejski i tak mi odpowiada. Znajomość z żulikami sie przyda, jeden pokazał mi, gdzie mieszka i powiedział, że jak będę miała jakąś fizyczna pracę do wykonania, to przyjść i dać mu znać. Trzeba też przyznać, że dziś do roboty ten jeden przyszedł całkiem trzeźwy, a i od drugiego też nie za bardzo zalatywało:)

Przyjechała wczoraj Młodsza do domu. Oczywiście gadałyśmy i gadałyśmy... musiała z siebie wylać to, czego teściowej ani P. nie powie, a powie matce:) Wygłaskała koty, wyściskała... Jednak dziś w południe siadła przy kuchennym stole, zasępiła się i mówi ze łzami w oczach: mamo, chyba przecięłam pępowinę.. Bo już chce wracać do P., bo w domu nie ma co robić i się nudzi, bo już się wygadałyśmy na określone tematy, a ona teraz by chciała pogadać o czym innym z P., pograć z nim na konsoli., posłuchać jego muzyki itp itd... No i wyfrunęło mi dziecko z gniazda.... Pojechałyśmy jeszcze do miasta, zrobiłam jej tygodniowe zakupy, pomogłam wybrać dwie sukienki na obecny stan, jakiś sweter, ciążowe spodnie, drobne ciszki dla dziecka i uradowaną prezentami podwiozłam pod dom P., gdzie układa sobie życie... Płakać mi sie chce...:) Kontakty z teściową ma teraz lepsze, ma lepszy nastrój,  zajarana oczekiwaniem na dziecko, już nawet nie lamentuje, że to dziewczynka:) Nie mam co narzekać, ale jakoś mi smutno jak myślę, że już skończyło się nasze wspólne mieszkanie... W sumie było nam razem całkiem nieźle:)

Muszę jeszcze wspomnieć o psie sasiada. Zapomniałam o tym napisać wcześniej, a myślę, że przynajmniej Babz to zainteresuje, kiedy może jakoś tu dotrze:) Któregoś dnia, jak już zaczęły się te duże mrozy, jak zwykle rano pomykam za sąsiadowy garaż do psiej budy. I zrobiło mi się słabo... bo psa nie było. Łańcuch ucięty w połowie zwisał smętnie...  Od razu włosy mi stanęły dęba, że psina może zamarzła i z postanowieniem, że nie daruję! pognałam  z mordą do sąsiada. Nawet był grzeczny i powiedział, że psa wziął taki rolnik, co ma sad na drugim końcu wsi. Ja i tak nieufna, przez kolejne trzy dni jeździlam do pracy przez wieś, żeby zobaczyć, czy faktycznie pies tam jest. Jest. Widziałam. Ulżyło mi. A jeden z dzisiejszych żulików powiedział mi, że sąsiad bardzo niezadowolony, że się w nie swoje sprawy wpier...lam. A ja go też pie...lę. Przy okazji dowiedziałam sie, że jakiś tydzień temu policja go zgarnęła w kajdankach, bo znów tłukł żonę. Nikt się nie przyznał do wezwania policji, więc podejrzewa oczywiście mnie. A kij mu w ucho. Żałuję, że to nie byłam ja, ale nie miałam pojęcia o awanturze, w sumie przecież nie latam wciąż do niego i nie śledzę, co ze robi w swoim obejściu i domu. Interesował mnie tylko pies. No, i to była chyba ostatnia tu wzmianka o sąsiedzie, bo jak nie ma już psa, to nie ma powodu, żebym go na oczy oglądała, a tym bardziej żebym do niego chodziła lub z nim gadała.

6 komentarzy:

apple pisze...

Ej, żadnym cudem. Byłam tu już pierwszego dnia. Muszę się przyznać, że jak spadły temperatury to cały czas myślałam o tym nieboraku. Niestety wcale mnie nie pocieszyło to przewiezienie do innego gospodarza, bo wsiowe ludzie są okrutne dla zwierząt i nie ma żadnej pewności, że pies będzie miał tam chociażby pełną miskę :(

Wiesz, jeśli chodzi o młodą to i tak jesteś dzielna. Ja po "odejściu" Cór pewnie pisałabym każdego dnia ckliwe posty, płakała i jeździła postać pod oknami żeby sprawdzić czy kładzie się spać o odpowiedniej godzinie ;))))) Na samą myśl o tym, że kiedyś się wyprowadzi serce zaczyna bić szybciej i rączki mi się trzęsą. ....e żartuję.

Przywykniesz do tego miejsca. Ja na początku też nie mogłam odnaleźć się na bloggerze, a teraz to moje najukochańsze ze wszystkich miejsce w sieci.

Zielonapirania pisze...

Co do losu psa u sadownika, to jestem spokojna. Koło sadu i domu często jeździłam rowerem, bo tędy biegnie trasa rowerowa i widziałam te psy co ma, są zadbane i odkarmione. Pilnują sadu i posesji, biegaja wolno, w lecie widziałam jak towarzyszyły ludziom w sadzie, więc myślę, że traktuje je po ludzku. Ten sąsiadowy piesek, zanim go zamknięto w budzie, był bardzo hałaśliwy, jak odżyje to bedzie niezłym, "alarmem":)

marga77 pisze...

ej Dziewczyny, wracajcie na bloxa co? chlip, chlip :(

Zielonapirania pisze...

Margo, nawet mam taki pomysł, że potem wszystko przekleję, ale na bloxa nie mogę się dostać i inne Dziewczyny też... Wiem, że u Agnieszki ze Szczytna jest podobnie, ja się do niej loguję, a wiele czytelniczek nie. i nikt nie wie, dlaczego tak sie dzieje!

Fuscila pisze...

Ciekawie więc będzie jak sie zacznę na mojej wsi nadjeziornej mościc. z tym, że ja wieś mam raczej od siebie daleko, bom na końcu jeziora, gdzie tylko 3 domy zamieszkałe cały rok!

Zielonapirania pisze...

Wszystko zależy, czy będziesz ludzi spragniona czy spokoju:) Ja mam ich wystarczająco dużo w obu pracach, że w domu chcę mieć najświętszy spokój i sama chcę decydować, kto i kiedy mnie nawiedzi. Moze to dziwne, bo w sumie jestem otwarta osobą, ale mój dom jest zamknięty:)

Prześlij komentarz