czwartek, 20 lutego 2014

Cały dzień zabiegany za służbowymi sprawami i 10 godzin w etatowej. Ufff... Ze spraw przyjemnych: nabyłyśmy w pewnej obuwniczej niemieckiej sieci sklepów  trzy pary butów: dwie dla Młodszej, jedna dla mnie, płacąc za trzecią parę złotówkę:) A buty i tak były przecenione o połowę po sezonie, gdyż są zimowe, choć krótkie - akurat na teraz. Od razu w nich chodziłam, żeby poprawić sobie humor:) Są śliczne, w kolorze gołębim. Nie ma to jak zakupy:)
Nie zdążyłam w dzień nic zjeść, oprócz jednego ciastka i dwóch kaw, wróciłam więc już po północy głodna. Pomyślałam: zaszaleję. I otworzyłam kawior:) Nawet koty nie chciały go jeść. Bo ja nie lubię kawioru. W święta gościom serwowałam, chwalili i jedli, a ja nie mogę. Został jeszcze jeden mały słoiczek i niestety, jak ta burżujka, wywaliłam go do kosza. No, nie mogę przełknąć i już. Kawior to paskudztwo. Damy ze mnie się nie zrobi. Ukroiłam sobie drożdżową bagietkę na kromeczki, na patelnię wlałam trochę greckiej oliwy, włożyłam plasterki jabłka i czerwonej cebulki, podsmażyłam, wyjęłam, a na tłuszcz położyłam kromki bagietki. Podsmażyłam najpierw z jednej strony na złoto, przewróciłam na drugą stronę, na tej podsmażonej położyłam po kawałeczku sera pleśniowego i po plasterku podsmażonego jabłuszka i cebulki. Gorące i pachnące zsunęłam na talerz i ... co za pycha! Sto razy... a co tam! ... tysiąc razy lepsze niż kawior:) Rozpływają się te kanapeczki w ustach, mięciutkie, smaczniutkie, aromatyczne. Aż żal, że tak szybko znikają z talerza:)
W etatowej kolejne jaskółki szepczą, że moja zmiana stanowiska dojdzie do skutku już od marca. Szczerze mówiąc, nawet mi zależy, żeby się udało... Mogłabym nawet poczekać do kwietnia... Dziewczyny z nowego wydziału złożyły dla mnie poparcie, to bardzo miłe z ich strony. Oczywiście nie wszystkie, ale i tak jest ich spora grupa. Już niedługo powinnam dowiedzieć się oficjalnie.
Różne emocje nie pozwalają mi spać, a o świcie pobudka. Trzeba się jakoś zmusić....


Taki sobie zwykły murek, ale to pod nim odpoczywaliśmy z Andrzejem podczas pobytu w Czarnogórze, przyjemnie ten murek wspominam:)

3 komentarze:

Fuscila pisze...

Ło matko, ale mi smaku narobiłaś tą bagietką! Cymesik.
Bardzo dawno temu, około 40 lat chyba, byłam na wycieczce w Sojuzie. I z koleżanką bylysmy goszczone przez jej zaprzyjaźnioną rosyjską Rodzinę. Oczywiście stół uginał się pod różnym jadłem i napitkami, a w małej miseczce leżał sobie chyba dżem, tak przynajmniej myślałam. To było kuliste, pomarańczowe i zlepione czymś mazistym. Nałożyłam sobie obficie na swojski chlebek, gryzę i myślałam , że rzucę "pawia" aż do Uralu! Kawior! Świństwo takie, że do tej pory pamietam ten rybi smak. Brrrr! Nigdy więcej nie wezmę do ust za żadne skarby świata. damą też nie muszę być! A ryby przecież jem i to w dużych ilościach!

Zielonapirania pisze...

Ja ryby też jem, choć najbardziej lubię jednak śledzie oraz dorsza:) No i oczywiście pstrąga. Takie ryby mogłabym jeść codziennie.

Pola pisze...

Ja tam od kawioru sto razy wolę kaszankę, taka ze mnie dama :) A kanapeczki z pleśniakiem cudownie smakują z plasterkami gruszki i orzechami podprażonymi w miodzie. niebo w gębie :)

Prześlij komentarz