środa, 25 września 2019

No i po wakacjach..

Zaczęło się pechowo. Czarny kot przebiegł mi drogę. Nie wierzę w pecha, a koty lubię. Mimo to właśnie mnie i tylko mnie zniszczono elegancką walizkę, co miała być niezniszczalna. Podczas transportu do/w/z samolotu pękła w dwóch miejscach. Na lotnisku docelowym pół godziny zajęło mi zgłoszenie szkody.  Walizka była raczej droga. Zgłosiłam także szkodę online w Ryanair po dwóch dniach od zdarzenia i zanim wróciłam do domu, już oddali pieniądze, pełną cenę walizki.
Przyznaje, że jadąc z lotniska do miasta Kos miałam mieszane uczucia. Krajobraz spalony słońcem, mijane  wsie jakieś nieciekawe i jak to u Greków, brudne. Na szczęście na miejscu jest jednak pięknie, nawet na tych wsiach.


Mieszkałam w samym centrum, przy morzu. Wszystko co potrzeba na urlopie, w zasięgu ręki. Jedyna wada to nieustający hałas. Nie chodzi o ludzi, tylko o samochody. Gdzie tu można jeździć od 4 rano do 3 nad ranem następnego dnia? Wciąż i wciąż jeździły auta albo skutery.  Na szczęście miałam w pokoju klimatyzację, to zamknęłam balkon i okna na cztery spusty i zaciągnęłam kotary. Dawało to dobrą izolację, wysypiałam sie:) Miałam pewien plan na pobyt, ale go zweryfikowałam. Bo planowałam rejs do Turcji oraz na Nissiros... Tylko kiedy, skoro tu tyle ciekawych miejsc???  Zatem zmieniłam plan. Zostałam na pobyt na wyspie, a na marzec następnego roku kupiłam już wczasy do Turcji. Szaleństwo:)


Pierwszego dnia pobytu zrobiłam spacer i rozeznanie, gdzie co jest, gdzie zjeść, gdzie wypożyczyć rower, gdzie przystanki autobusowe, itp.


Drugiego dnia wyszłam na zwiedzanie miasta. Tak jakoś mi się fajnie szło przed siebie,  co chwila coś ciekawego, aż doszłam do Asklepiejonu:) To taka miejscowość za miastem, gdzie jest muzeum Hipokratesa, wzgórze Hipokratesa i odkryte miasto z II wieku pne. Ogromną atrakcją były koty, ale im poświęcę osobny radosny akapit:) Asklepiejon to wielki teren świątyni Asklepiosa, Boga medycyny. Tutaj uczył młodych lekarzy sam Hipokrates. Świątynia położona jest tarasowo na trzech poziomach, a z najwyższego roztacza się piękna panorama. Obiekty, które można oglądać pochodzą z IV-II w. p.n.e









W samym Kos tego dnia obejrzałam jeszcze marinę, Casa Romana, Odeon, teren starożytnych wykopalisk z bazyliką z VI wieku,  ruiny świątyni Artemidy i żydowskiej bożnicy, że trzy cerkwie,  kościół, baptysterium, cmentarze katolicki, prawosławny, żydowski i muzułmański oraz starą agorę.







Kupiłam pamiątki dla moich dziewczyn i synowej.  Dla siebie mydełka z oślim mlekiem:) Takich jeszcze nie miałam.








Nie pytajcie, ile codziennie robiłam kilometrów. Na nogach byłam od 9.00 do 19.00, w tym pół godziny przerwy na posiłek. I tu był problem, bo wszędzie tylko mięso i mięso. Pierwszego dnia nie mając pomysłu poprosiłam pana, żeby mi upiekł pizze margeritę, a on ciągle dopytywał: a jakie mięso? Pomyślałam, że przecież nie będę w Grecji żywić się tylko pizzą, więc jednak zrobiłam wyjątek i w kolejne dni zjadłam musakę, potem szaszłyka, a nawet jakieś mięsne mezedes w arabskiej restauracji. Co prawda nie umarłam od mięsa, ale wsłuchiwałam się sama w siebie, czy przypadkiem mi nie zaszkodziło:) I codziennie jadłam burki, a to z serem, a to ze szpinakiem. Jedną porcją za dwa euro można się najeść, przynajmniej ja się najadałam na lunch. Coś na ciepło zostawiałam na wczesny wieczór.




Koty na Kos mają się bardzo dobrze. Opiekę nad nimi sprawują wszyscy:  mieszkańcy, turyści i organizacje For Animals. Co kilka ulic w uczęszczanych miejscach są takie skarbonki na datki i ludzie naprawdę wrzucają tam pieniądze. Koty nie kręcą się przy restauracjach, bo są nażarte i napojone.  Najczęściej siedzą sobie przy cerkwiach, mają tam budki i pełne miski, widziałam na własne oczy w wielu miejscach, że tego jedzenia jest naprawdę full. Są też w porcie i przy marinie, są  w małym zagajniku w Asklepiejonie. Są oswojone, łaskawe, podchodzą gromadnie na głaskanie i nie widać, żeby były chore czy zaniedbane. Mają nawet skonstruowane na powietrzu kocie zabawki. Niektóre osobniki są naprawdę ogromne, niektóre wyjątkowe piękne.
















Uchodźcy przed paru laty byli największą bolączką Kos. Z Turcji przypłynęły ich tu tysiące. Teraz też są, ale mało. Jest dla nich zbudowane osobne osiedle. Słyszałam, że traktują je jak noclegownię, a w dzień siedzą w Kos. Owszem, widziałam uchodźców na ulicy. Jedną rodzinę arabską, starszy mężczyzna z brodą, zakutana głowa, długa płócienna odzież, kobieta cała na czarno i trójka dzieci. Widziałam jedna Afrykankę w bardzo kolorowym afrykańskim stroju. I paru śniadych chłopaków śpiących na ławce. W porcie wśród konarów baobabu mają swoją miejscówkę młodzi mężczyźni, na pewno uchodźcy. I tyle. Może jest ich więcej, ale nie przyglądałam się wybitnie, poza tym jak poznać, czy wyelegantowany czarnoskóry mężczyzna to uchodźca czy Francuz na wakacjach? Albo czy ciemny śniady mężczyzna to Turek na urlopie czy uchodźca z dalekiego wschodu? Nie robiłam sobie z tego problemu, bo co to dla mnie za różnica? Żadna. Do pewnego momentu:) Otóż pod koniec pobytu chciałam autobusem pojechać do Paleo Pili. Przychodzę na przystanek, siedzi jakaś arabska rodzina z dwójką ślicznych małych dzieci. Po kilku minutach podjechał autobus i nagle nie wiadomo skąd zaczerniło się wokół mnie:) No wiem, niepolitycznie się wyrażam, ale tak to wyglądało. Z krzaków na skwerze powyłazili czy z baru? Nie wiem, cała gromada Afrykańczyków. Zajęli cały autobus. Głupia, zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jakaś wycieczka:)  Gdzieś na końcu znalazłam sobie miejsce, a jak na następnym przystanku wsiadała jakaś para Niemców, to ich mina po spojrzeniu na pasażerów była bezcenna:) Wszyscy oprócz mnie i Niemców wysiedli na pierwszym przystanku w Pili, tam mają swój ośrodek. I w samym miasteczku co trzeci przechodzień jest z Afryki albo z Bliskiego Wschodu. Jak na obecną Europę to normalka, ale w moim mieście albo w Warszawie można przez cały dzień nie zobaczyć obcokrajowca z ciemniejsza skóra, to człowiek nienawykły:)



Kolejnego dnia udałam się do miejscowości Embros Therma. Jak sama nazwa wskazuje, są tam źródła lecznicze. Mało powiedziane. Spod ziemi wydobywa się wrzątek. No prawie - 50 stopni plus nagrzanie od słońca, to pewnie blisko 60 stopni będzie. Nie da się dłużej niż na krótką  chwilę zanurzyć stóp. Szaleńcy padali całym ciałem do wody, a po chwili uciekali ugotowani:) Jednak kilka metrów od wylotu ułożono kamienie, które chłodzą wodę i jest znośniejsza do wytrzymania. Za tymi kamieniami, już w morzu, jest największy tłok, bo każdy chce się w tej wodzie pomoczyć ze względu na jej zdrowotność. Śmierdzi zgniłymi jajami, czyli siarką.  Pomoczyłam się i ja i wzięłam też masaż ciała u pani pod baldachimem i wieczorem zaległam cała obolała. Składał się na to także wysiłek z powodu marszu. Jadąc tam widziałam przez okno autobusu tak piękne widoki, że w drogę powrotną wybrałam się pieszo i do autobusu wsiadłam po jakichś 5-6  kilometrach. A upał był powyżej 30 stopni, nawet około 18.00.












Przed wieczorem zakończyłam zwiedzanie miasta Kos, w tym hammam, meczet z zewnątrz, bo niestety ucierpiał podczas trzęsienia ziemi, tak samo jak kościół prawosławny w centrum.  Zajrzałam do małej cerkiewki i pogawędziłam z panią - po angielsku i rękami:)  Obejrzałam wielkie i mniejsze statki w porcie i na redzie,  Przeszłam się po deptaku i popatrzyłam na wystawy pełne wszystkiego: pamiątek, złota, ciuchów...

Natknęłam się przy tym na biuro podróży obsługujące w językach słowiańskich, w tym po polsku. I kupiłam u pani wycieczkę na Nissiros za 28 euro. Nasza pani rezydentka hotelowa chciała za nią 54 euro. Za tę samą wycieczkę, podkreślam, po prostu dodała sobie swoją marżę, głupi turyści zapłacą. Ja nie, aż taka głupia nie jestem:) Autokarem podwieziono nas do Kardameny, potem niecałą godzinę płynęliśmy na Nissiros. Wyspa ta powstała na skutek wybuchu wulkanu 4 tysiące lat temu. Jest okrągła i ma średnicę zaledwie 8 km. Mieszka na niej tylko  tysiąc mieszkańców. Pojechaliśmy z portu autokarem do wioski Nikia, w której mieszka mniej niż 50 osób. Jeśli jest gdzieś raj, to właśnie tam! Jak tam jest pięknie... Ja chcę tam mieszkać, prawie się rozpłakałam, gdy zdałam sobie sprawę, że będę tu tylko jeden dzień. Wyspę pokrywają góry, droga prowadzi serpentynami po zboczach,  są bardzo strome i zielone od oliwkowych pistacjowych sadów położonych na tarasach. A na szczycie ta mała wioseczka z białymi domkami o niebieskich drzwiach i okiennicach, ryneczek jak chusteczka do nosa, wyłożony biało-czarnymi kamykami, urocza cerkiewka z maleńką dzwonnicą. A z każdego niemal miejsca widoczny księżycowy krajobraz czynnego wulkanu. Zjechaliśmy tam autokarem.
















Weszłam do środka krateru. Tu dla odmiany jak w piekle: śmierdzi siarką, bulgocze pod stopami gotująca się lawa i spod powierzchni wydobywa się gorąca parą wodna. Robi wrażenie. Nigdy wcześniej nie widziałam wulkanu. Na moją minę proszę nie zwracać uwagi, chyba akurat coś mówiłam i wyglądam jak czarownica:))










Na koniec pojechaliśmy do miejscowości Mandraki, gdzie obejrzałam klasztor z cudownym obrazem Matki Boskiej. Przypomina mi obraz częstochowski, a Maryja ma lewą rękę większą, bo w dłoni ma umieszczoną miniaturową ikonkę znalezioną w pieczarze.  Ta ikonka zaniesiona w XV w do kościoła, kilka razy "uciekała"  stamtąd, więc jej postawili osobny klasztor z kościołem i wsadzili w tę srebrną rękę. Legenda taka:)  W lokalnych sklepikach kupiłam naturalny pumeks wydobywany na sąsiedniej wyspie Talia. Kto ma taki prawdziwy pumeks w domu, nie ten ładny i pachnący syntetyczny,  to pochodzi stamtąd, gdyż wydobycie zaspokaja 100% światowego popytu. A pracuje przy tym tylko kilkanaście osób. Kupiłam też dżem z pomidorów, dżem z fig, który uwielbiam, lokalny napój migdałowy i cynamonową kaneladę oraz zjadłam lody o smaku wulkanicznym. Siarką nie śmierdziały:) Ale lepsze były figowe i o smaku baklavy, mniam.










Po powrocie do hotelu przebrałam się i wyszłam lansować na nadmorskim deptaku:) Miasto w nocy też jest piękne i tajemnicze. Obserwowałam wpłynięcie, a potem wypłynięcie ogromnego promu. Kolos, wyższy niż miejskie budynki i żuraw portowy. Wieczorem oświetlony jak choinka.

Tego dnia późnym wieczorem włączyłam wreszcie telewizor. Był tylko jeden polski program Polonia. I szlag mnie trafił po pięciu minutach, więc trzęsącą się ręką wyłączyłam to badziewie. Ten durny rząd obniżył podatki. Zrobił coś złego i tak się chwalił, że na wymioty mi się zebrało. Nie byłam w stanie tego słuchać. Może ja naprawdę na emeryturę przeniósł się na Kos albo do Portugalii, bo kolejnej kadencji kaczystów nie zniosę. Nie cieszy mnie oszczędzone 10 pln miesięcznie czy ile tam wyjdzie, martwi pusta kasa skarbu państwa i dalsze obietnice przelewania z pustego. 

Ranek kolejnego dnia przywitał mnie pięknym słońcem i chłodnym wiatrem. Super dzień na kolejną wycieczkę. Ciepło, ale nie upalnie. Wypadło na wioskę górską Zia. Miałam chęć skorzystać z roweru, ale ten wiatr... Pojechałam autobusem. I dobrze zrobiłam. Ostatnie kilka kilometrów to mozolne wspinanie się pod górę wąską droga. Jeśli z naprzeciwka nadjechał osobowy to musiał się cofać, aż znalazł miejsce, żeby się schować i aby autobus mógł przejechać. Kiedy nadjechała ciężarówka, kierowca autobusu cofał, aż znalazł miejsce do częściowego chociażby usunięcia się z drogi. Czy muszę dodawać, że z jednej przynajmniej strony było strome zbocze:)? Trasę 16 km przejechaliśmy w pół godziny.  Poszłam szukać szlaku w góry. Znalazłam drogowskaz, ale jak za nim poszłam, to trafiłam na cmentarz:) Okazuje się, że mniej więcej w połowie drogi był na słupie maleńki człowieczek z kijkami z maleńką strzałką w innym kierunku. Poszłam. Przez domowe podwóreczka, białe schodeczki, obok wejść do domów i obok kurników:) Droga była jednak prawidłowa. Mogłam jeszcze iść koło restauracji, ale taką drogę uznałam za mniej ciekawą.
Pierwsze pół godziny to luzik - szeroka równa droga lekko pnąca się pod górę tzw. stokówka. Co chwilę słuchać było beeee i beeee i albo wprost na drogę albo tylko na pobocze z krzaków wyłaziła jakaś koza. Kolejne pół godziny to prawdziwy górski szlak. Wyraźnie oznaczony, uczęszczany,  wąski, kamienisty i stromy. Prowadził przez pachnący, zielony las. Ostatnie pół godziny to był hardcore!:)  Skończyła się linia lasu i wyszłam na odkryty teren. Od razu uderzył mnie podmuch tak silny, że ledwo utrzymałam równowagę. Wiało tak, że włosy wyrywało z głowy. Miejscami nie dało się rady iść inaczej niż na czworakach. A obok urwisko. Szczęśliwie wiało z boku, więc wiatr dociskał do zbocza, a nie zwiewał z niego. Po kwadransie miałam myśl, aby zawrócić, w końcu PRAWIE już zdobyłam ten szczyt. Dikeos. Bo zapomniałam wcześniej napisać.  Ale nie poddałam się i poszłam dalej, choć wiało sto razy gorzej niż w kieleckim. Byłam bardzo ostrożna i starannie wybierałam miejsce dla kolejnego kroku. Co parę minut mijali mnie pojedynczy turyści schodzący już z góry. Też częściowo na czworakach:)  Jednak dałam radę, bo dla takich widoków jak z Dikavosa człowiek dałby się pokroić. Cała wyspa  Kos leżała u moich stóp. I wszerz i wzdłuż. Od miasta Kos po Kefalos. Od Kardameny po Tigaki. Góry, morze, Turcja na horyzoncie, wyspa Kalymnos i inne, których nazw nie znam,  słone jezioro, małe górskie wioseczki i duże miasta. Bosko. Na szczycie wkopany w ziemię domeczek, pewnie w razie czego można tam przenocować. Krzyż z białych grubych rur, oczywiście grecka flaga (Grecy kochają swoją flagę) oraz cerkiewka w biało niebieskich barwach. Trzymając się skał i drzew mogłam patrzeć na dwie strony góry. Lasy i strome urwiska. Piękne miejsce. Bardzo się cieszę, że weszłam na szczyt, to była fajna przygoda. 









Niedzielę spędziłam po bożemu, choć taka ze mnie katoliczka, jak z koziej ... etc. Po śniadaniu wystroiłam się w kieckę i buty na obcasie, i poszłam do kościoła :) Już nie pamiętam, kiedy byłam ostatni raz na mszy, ale nieistotne. Bo z tym kościołem na Kosie to ciekawa historia. Na całej wyspie tylko 30 osób przyznaje się do wiary katolickiej, reszta czyli wszyscy to prawosławni greccy. Toteż kościołów tu nie ma, tylko ten jeden na cmentarzu, co popękał w czasie trzęsienia ziemi dwa lata temu i go zamknęli. Następny jest na Rodos i tam pracują dwaj księża, w tym jeden bardzo przystojny:) I on przypływa raz na tydzień na msze. No to poszłam obejrzeć, księdza i mszę. Odbywa się ona na dworze. W większości przychodzą turyści oraz jeden miejscowy Włoch i kilkoro Filipińczyków. Na stoliku leżą kserokopie fragmentów ewangelii na daną msze, w wielu językach: polski, francuski, włoski, niemiecki, angielski, holenderski. I śpiewniki i  zeszycik z programem mszy. Nabożeństwo odprawiane jest po łacinie czyli sprawiedliwie. Każdy ma w tym zeszyciku napisane, co mówić. Niektórzy jednak odpowiadali panu księdzu w swoim ojczystym języku i wyszła taka wieża Babel:) Potem ksiądz sprawdza, jakiej nacji jest na mszy najwięcej i w takim języku głosi kazanie. Akurat najwięcej było Polaków. Potem lektorzy tłumaczą je na niemiecki i angielski. No i  bardzo fajna atmosfera była na tej mszy i ksiądz dobrze gadał, że aż dałam banknot na tace:) Bo kościół zostanie naprawiony, zaczynają za kilka miesięcy. Po mszy ksiądz ustawił się przy wyjściu i każdego żegnał i coś zagadał. Jest to mądre posunięcie, bo w ten sposób nawiązuje się więź osobista. Nasi księża tego nie robią ze szkodą dla siebie, chyba w kościele protestanckim jest taki zwyczaj.  Po mszy i po obiedzie w restauracji, wróciłam się przebrać i pojechałam do Marmaris i Tigaki.

Są to dwie nadmorskie miejscowości wypoczynkowe oddalona od miasta Kos około 12-16 km. Mają piękne piaszczyste plaże , piękne morze i piękne widoki. Bardzo mi się podobały, ale nie wybrałabym ich na pobyt. W takich miejscowościach odnajdą się osoby, które przyjechały się wyspać, najeść, napić, wyleżeć na plaży i pochlapać w morzu. Jak dla mnie: pięć razy nie. Dla mnie miasto Kos było odpowiedniejsze, choć ma brzydkie plaże, ale co mi za różnica, skoro na plaży w celu opalania się byłam tylko raz? To nie na moje nerwy tak leżeć i nic nie robić.






Między Marmari i Tigaki leży słone jezioro, obecnie wysuszone. Ostatnio deszcz padał w kwietniu, a ponieważ zbiornik jest bardzo płytki, to i wyparował. Przez dno jeziora przepływa jedynie jakaś mała rzeczka i dzięki temu jest nieco wody dla flamingów. Pierwszy raz na oczy widziałam flamingi na wolności. Gęgają jak gęsi:) Są dzikie, wiadomo, więc podejść blisko nie da rady. I niestety zdarzył się pech. Już na plaży w Marmari zaciął mi się aparat i nie mogłam go uruchomić. Zrobiłam więc zdjęcia telefonem i tym małym idiotenkamerą, boszsz... Co za masakra. Ledwo co widać, ale widać, że flamingi:) Aparat odblokowałam już w hotelu i następnego dnia wracając z Pili zatrzymałam się znów nad jeziorem, ale flamingi były jeszcze dalej niż poprzednio.










W Pili chciałam zobaczyć dwa miejsca:  opuszczoną wioskę z 19 wieku, a właściwie jej ruiny, a także ruiny zamku obronnego. Z przystanku autobusowego trzeba jeszcze pieszo przejść parę kilometrów, aby zobaczyć te atrakcje. Najpierw przechodzi się przez opuszczoną XIX-wieczną wioskę. Tutaj w 1830 roku epidemia cholery zdziesiątkowała mieszkańców. Po jej ustąpieniu pozostali żywi także odeszli uważając wioskę za przeklętą. Obecnie zostały tylko ruiny. Z wioski można dostać się do ruin zamku. Oczywiście, jako jedna z nielicznych, wlazłam na szczyt, a dusza siedziała mi na ramieniu:) Idzie się po resztach murów, bez żadnych zabezpieczeń, a na szczycie stoi się nad urwiskiem na małej przestrzeni, żadnych barierek, siatek czy osłon. Nieostrożny ruch i lecisz w dół. Ale byłam i widziałam, a drugi raz już raczej nigdy się tam nie znajdę, więc po prostu MUSIAŁAM.















Jeden dzień w czasie pobytu przeznaczyłam na nic nierobienie i wałęsanie się, oglądanie wystaw, czytanie na plaży, obserwowanie ludzi i kotów i tak oto nadeszła chwila powrotu.


Z 30 stopniowego upału trafiam do Polski, gdzie temperatura wynosiła 8 stopni. Doznałam szoku fizycznego i psychicznego. Bajka się skończyła, pora schować letnie rzeczy, odpalić c.o. i byle do wiosny.

Kto ciekaw niech zagląda czasem na mój Drugi blog , tam znjadzie się więcej obrazków, na razie zdążyłam wkleić tylko "trochę":)) z miasta Kos.

71 komentarzy:

Fuscila pisze...

Coś wspaniałego! Dech zapiera od tego wszystkiego co widziałaś! Te kolory, miejsca, zabytki! Podziwiam Twoją determinację w spełnianiu planów! Zaraz biegnę dalej oglądać Kos. Moje nóżki już nie na takie szaleństwa, ale dzięki Tobie poczuje się tak, jakbym tam była!
Serdeczności!

jotka pisze...

Bardzo ciekawa relacja, uczta dla oczu i ciekawości świata. Flamingi i wąskie uliczki, które uwielbiam, dopełniły cudu.
Teraz wspomnienia i zdjęcia ocieplą Ci pewnie jesień i zimę, u mnie za oknem mgła, więc tym chętniej obejrzałam te błękity na fotkach:-)

Pola pisze...

Achhh... ta Grecja! Uwielbiam! Mogłabym tam latać bez końca! Fajnie napisałaś relację. Ciekawie i zachęcająco. I te foty! Pozdrawiam Cię serdecznie Pola :)

Anna K. Olszewska pisze...

Twardą walizkę miałaś? Nie wierz w ich niezniszczalność, ja mam miękką i niejeden transport przetrwała, zresztą znajomi też mówią, że te twarde są o kant.

Grecja – też to zauważyłam – ma taki mankament, że Grecy nie specjalnie dbają o swoje osiedla. Ale w regionach turystycznych już jet cacy.
Widok spalonej słońcem ziemi mnie przeraża, ale z drugiej strony... jakoś tak perwersyjnie mi się podoba.

Przyglądam się Twoim zdjęciom uważnie, bo pewnego razu zaraziłam się Grecją i chłonę każde wieści i widoki z jej ziemi. :)

Hmmm to odkopane miasteczko trochę mnie rozczarowało. Nie wiem dlaczego, ale myślałam, że to większe będzie.
Cmentarze mnie zaciekawiły, ale widzę tylko jedno zdjęcie (ewentualnie ślepa jestem).

Pamiętam na Krecie stado białych kotów. Wyjątkowy widok, bo białe koty są raczej rzadkie. No i ja lubię białe zwierzęta. nie wiem czemu tak... O_o

Do tej pory chciałam mieszkać na Balos na Krecie. Ale kto wie czy bym nie zmieniła zdania patrząc na ten księżycowy krajobraz powulkaniczny, który kojarzy mi się bardziej z Marsem, a to już 100 punktów do przekonania się do zmiany decyzji. :)

Nigdy nie byłam w wulkanie, wow!

Lody wulkaniczne?! O__O

Przeczytałam całą opowieść o wspinaczce na Dikavos z wielkim przejęciem. Też bym tam wlazła pomimo wszystko. Ekstra przygoda.

"...i wyszła taka wieża Babel..." ha ha ha! ;D

Rozumiem Cię z tymi plażami. Dla mnie one służą tylko do spacerowania. Nie nadaję się do leżenia i nic nierobienia.

Flamingi! Jak ja bym chciała zobaczyć dzikie flamingi! O_O Wiesz co? Wygląda na to, że to miejsce na greckiej ziemi jest dla mnie. Razem z tą wycieczką na wulkan.

Raz łaziłam po takiej opuszczonej wiosce, ciekawe doświadczenie. A wejście na zrujnowany zamek rozumiem jak najbardziej.

Idę na drugi blog.

pani z apteki pisze...

To ja jestem raczej z tych "plażowych", co to leżą i czytają ;)
Takie szlaki "dla kozic" to nie dla mnie, mam lęk wysokości i przestrzeni, potrafi mnie dopaść w galerii handlowej na ruchomych schodach, tak że odpada. Ale miejsca przepiękne i cieszę się, że dzięki Tobie mogę je oglądać. Chociaż i tak zdjęcia nie oddają całości piękna krajobrazu. A Nissiros cudowna :)

Zielonapirania pisze...

Racja. Żadne zdjęcie nie odda atmosfery miejsca. Tobie pasowałoby takie Marmari z szeroką piaszczysta plażą i możliwością wykupienia wycieczki np. na zachód słońca w górach albo lokalny jarmark lub rejs. Na pewno byłabyś zadowolona, nawet jeśli nie lubisz bardziej aktywnych rozrywek, bo miejsce i widoki są super.

kotimyszkot pisze...

Uwielbiam Grecję, zarówno Riwierę jak i wyspy.. Z dzieckiem trudniej zwiedzać, ale kombinujemy jak się da więc się cieszę, że Korfu doszło do skutku. Zastanawiałam się właśnie nad wyborem Korfu czy Kos, teraz już wiem, że i na Kos warto :)) Zdjęcia cudne i wspomnienia będziesz miała wspaniałe. A do Turcji jaki rejon wybrałaś?

Zielonapirania pisze...

Twarda walizka jest bardziej elegancka:) ale następna będzie miękka. Na drugim blogu będę co chwila dodawać więcej zdjęć, jak masz ochotę popatrzeć to zapraszam:)

Zielonapirania pisze...

A ile tam zostało miejsc, których nie widziałam?! W czasie pobytu starałam się obejrzeć co najważniejsze, bo rzadko wracam w te same okolice drugi raz, w końcu jeszcze tyle tego świata jest do obejrzenia.

Zielonapirania pisze...

Dziękuję za dobre słowo:) lubię w zimne ciemne dni oglądać zdjęcia z odwiedzanych miejsc, cieplej się robi - przynajmniej na duszy:)

Zielonapirania pisze...

Witaj Polu. Chyba najchętniej odwiedzam Grecję. Dawno dawno, kiedy nie było jeszcze aparatów cyfrowych, Grecja była pierwszym krajem do którego pojechałam z Polski. Była i Hiszpania, też mi się podobała, ale moje serce pozostało przy Grecji.
Wszystkiego dobrego.

Zielonapirania pisze...

Turyści z dziećmi na Kosie wypożyczają auto i zwiedzają bez problemu. Wyspa ma 50 km długości i 8 km szerokości, więc auto na dwa dni załatwia temat, a paliwa za wiele też się nie wypali. Jest też park wodny. A do Turcji na.pierwszu raz wybrałam kurort Alanya.

wilma pisze...

Ponieważ raczej nigdy nie zawitam w tamte rejony, stokrotne dzięki za wyjątkową relację.
Obszernie, ciekawie i z pięknymi zdjęciami.
Dobrze, ze trafiłam na Twój blog, mogę sobie podróżować po świecie nie ruszając się z domu. Wiem, ze oglądania oczami innych, to nie to samo co oglądanie osobiście, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma;).

Lucy pisze...

Ano, to ja nazywam wypasione wakacje! :D
Pieknie mnie oprowadzilas po Kos.
Tez jestem zdania, ze najpierw trzeba obejrzec miejsce, w którym sie jest, a jak to juz sie ogarnie- co jest wlasciwie malo prawdopodobne przez standardowe 2 tygodnie- chyba, ze siedzi sie za hotelowym plotem gdzies w Tunezji ;) - to wtedy wyrusza sie dalej.
Najbardziej sie bawilam czytajac o Twoim uczestnictwie we mszy :))
A na koniec dodam, jako ze aktualne... córka kuzynki z 2 dzieci i mezem, na jesienne wakacje nie poleci na urlop, bo plajta Cooka, Neckermanna czy co ona tam zaplacila, i pieniadze tez poszly sie...

Skarlet B.I. - notatki z życia i podróży pisze...

Grecja jest mi bardzo bliska :) Przepiękne zdjęcia i koty... "pozujące" z wrodzoną elegancją :)

Zielonapirania pisze...

Wilmo, bardzo się starałam, aby skrócić ten wpis:) Bo opowiadać to ja bym mogła bez końca, mam w sobie bardzo wiele pozytywnych wrażeń.
Kiedy oglądam blogi innych oso, które odwiedzają nieznane mi miejsca, włącza się we mnie taki niepokój, przez który blisko mi do rzucenia wszystkiego w diabły i ruszenia do tych miejsc:) Jedyną przeszkodą są fundusze hi hi:)

Zielonapirania pisze...

Na lotnisku na Kosie widziałam takie ogłoszenia, że wszelkie loty T. Cook są odwołane. Neckermann polski najpierw mówił, że oni działają jako odrębna spółka prawa handlowego i upadek Cooka ich nie dotyczy, ale chyba to nie do końca prawda. Zarząd czy kto tam ma władze mógł także położyć łapę na kasie Neckermanna, skoro Cook miał w niej udziały czy oddał we franczyzę, nie znam szczegółów. Ja miałam wykupiony przelot w Ryanairze, więc bez strachu wróciłam do domu.
Takie wczasy to łapanie pięciu srok za ogon. Bo nie wiadomo, co wybrać, gdy wszystko interesuje. Jednak cieszę się, że choć w pigułce, to zobaczyłam co nieco.

Zielonapirania pisze...

Wreszcie byłam zadowolona, bo nie obszczekiwały mnie psy, jak w Polsce:) Przez cały czas pobytu widziałam może ze trzy psy.

Lucia pisze...

Ależ miałam frajdę i pozbyłam się dylematu co czytać. Jeszcze zajrzę w to drugie miejsce. Sporo zdjęć znajomych mimo, ze w Grecji nie byłam. Może się jednak uda.
Bardzo dziękuje za tekst i zdjęcia. A na marginesie. Napracowałaś się. A koty i w Italii maja się dobrze. Dokarmiane przez wszystkich. I to jest sympatyczne. Buziaki

Zielonapirania pisze...

A nie mówiłam, że "Grecję" to Ty masz za oknem:)

Dorota pisze...

W greckich wyspach można się zakochać na zabój. Każda z wysp ma coś do zaoferowania, jak nie krajobrazy to zabytki, jak nie plaże to morze, jak nie przyrodę to wino i smakołyki... Moją listę greckich wysp otwiera Kreta, ale trudno jest mi np. wskazać wyspę, która mi nie przypadła do gustu.
Życzę miłego odpoczynku w Turcji, która ma tyle do zaoferowanie, że można całkowicie się zatracić.
Co do kotów to Turcy po prostu mają kota na punkcie kotów, choć najbardziej przyjazne miasto mruczkom zobaczyłam w Rosji, w Zielonogradzku, tam nawet koty mają swoją własną sygnalizację świetlną a na ulicach stoją automaty z kocim jedzeniem, by przechodzień mógł podtuczyć mruczki. Istne szaleństwo!

Danka pisze...

Pięknie spędziłaś czas w Grecji.Jest wyjątkowa w kolorach i ogólnie tradycji.Niesamowite widoki i ogólnie chyba bezpiecznie ..Jeżeli będziesz w Turcji,z pewnością wrócisz zadowolona,bo to nie ta Turcja co kiedyś.W zależności w jakie okolice Cię zagoni☺Byłam tydzień czasu ,kilka lat temu w Stambule.Byłam zauroczona.Moi sąsiedzi wrócili tydzień temu z Turcji miasteczko Alanya..Piękne,hotel wspaniały,jedzenie ,owoce,warzywa,wszelakie ciasta...byli tydzień i powiedzieli że raz jeszcze pojadą bo Turcja jest bardzo przyjazna.. Tak ,że wierzę ,że będziesz zadowolona.Taka ciekawostka ,może sie przyda ,jeżeli będziesz potrzebowała taxi będąc na ulicy,rozglądaj się, przy chodnikach stoją słupki i guziczki,naciskasz i czekasz taksówka w ciągu 5 minut podjeżdża ...bardzo fajnie to wymyślili ,nie trzeba tel.W Turcji koty i psy są od zawsze karmione ,to tez świadczy o nich dobrze.Pozdrawiam.

Italia Mini pisze...

A mój mąż ciągle mnie na Grecję namawia.... Pięknie tam, wspaniale to opisałaś. Ja też za długo na plaży nie wytrzymam, więc o wiele chętniej zwiedzam. A widzę, ze tam nie można sie nudzić. Tyle ciekawych miejsc pokazałaś. Cudo. Gratuluję tak udanego wyjazdu!

agpela pisze...

Ale cudnie. Mąż naciska abyśmy na drugi rok właśnie polecieli do Grecji i Twoja relacja, a nade wszystko przekonała mnie :) Cudo! Kolory, koty, wszystko :)

agpela pisze...

Miało być: nade wszystko zdjęcia :) Oddają klimat i atmosferę miejsc, które zwiedzałaś.

duo.na pisze...

Grecja na Twoich zdjeciach jest taka, jak sobie wyobrazam: pelna niebieskiego i bialego koloru. Dziekuje za wycieczke, bo mnie chyba tam nie po drdze:)

dora pisze...

O, ile do czytania i oglądania, ale fajnie! Dzień dobry po powrocie😀

Zielonapirania pisze...

Z greckich wysp znam Skiatos, Skopelos, Kerkyre i teraz Kos, czyli wiele przeden mną:)
Widzę, że w Turcji będę musiała trzymać się za kieszeń, żeby nie wydać pieniędzy na dokarmianie kotów:)

Zielonapirania pisze...

No właśnie do Alanyi się wybiorę na początek naszej wiosny, dzięki za bardzo pożyteczne wskazówki.

Zielonapirania pisze...

Dzięki. Tak się zresetowalam, że jak poszłam dziś do pracy to przez cały dzień nie mogłam się odnaleźć:)

Zielonapirania pisze...

Grecja jest bardzo ciekawa, warta odwiedzin:)

Zielonapirania pisze...

Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pstrykać każdego krzaczka i zakątka, wszystko mi się wydawało takie cudowne:)

Zielonapirania pisze...

Padło słowo "chyba'? A więc nie jesteś do końca przekonana:)

Zielonapirania pisze...

A jakoś tak się rozpędziłem z tym pisaniem:) a ile jeszcze miałabym do opowiedzenia hi hi:)

haniamrok pisze...

Cudne miejsce ta wyspa Kos. Jakoś zawsze bałam się tych tłumów uchodźców. Dobrze wiedzieć, że nie zalewają wyspy. Już nie.
Masz zdrowie Dziewczyno! Tylko pozazdrościć. Ale dzięki temu zobaczyłam widoki, których sama bym nie zobaczyła, nawet będąc na Kos (kiedykolwiek). mam nadzieję, że w październiku też jest tam jeszcze przyjemnie ciepło, a już nie upalnie. +30 st. to zdecydowanie zbyt wysoka temperatura dla mnie. Ale dzięki temu jeszcze letniemu słońcu wszystko aż świeci na zdjęciach :) Koty cudne. Podobne śliczne koty widziałam w Turcji, ale nie wiem, kto tam o nie dba (przy ruinach starożytnych, w Pamukkale Hierapolis). A "moją " koteczkę, która okazała się kocurkiem, oddaliśmy w dobre ręce.

Zielonapirania pisze...

W październiku też jest tam ciepło i można się kąpać, ale zaczynają się wiatry. Sezon kończy się przed 1 listopada. Wiele osób wspomina o tureckich kotach, myślę, że na Kosie kocia sprawa to też wpływ Turcji, bo w Grecji lądowej wcale nie dba się o zwierzęta, ani o koty ani o psy.

Dorota pisze...

W Turcji koty mają się dobrze, na każdym kroku widać domki, legowiska i pełne miski jedzenia. To wszystko jest porozstawiane na skwerach, przy domach, na chodnikach. W krajach muzułmański kot uważany jest za zwierzę o które trzeba dbać w przeciwieństwie do psów, a wszystko za sprawa Mahometa. Gdy kot położył się na szacie proroka, to on by nie budzić zwierzaka odciął swoją szatę, zaś psiak ugryzł proroka w piętę... Dlatego też psy są potępione! Choć nielubienie psów w Turcji zmienia się, mają swoje stołówki porozstawiane w różnych punktach miast, wystawione miski z wodą, zwierzaki są zaczipowane (kolczyki na uchu), co świadczy o tym, że są przebadane i zaszczepione. Psiaki tureckie są niezwykle sympatyczne i przyjaźnie nastawione do przechodniów.
A o kotach tureckich jest nakręcony film "Kedi - sekretne życie kotów", który opowiada o mruczkach ze Stambułu, w tym meiście jest także ustawiony pomnik kota odpoczywającego między jezdnią a krawężnikiem chodnika.

agatek pisze...

Przede wszystkim cieszę się, że szczęśliwie wróciłaś z wakacji. W pięknym miejscu byłaś. Walizka... raz jeden miałam okazję zobaczyć jak rzucają walizkami podróżnymi więc nie dziwię się, że twoja została zniszczona, zawsze jestem pełna podziwu, że nasze zwykłe jakoś dawały radę. Uwielbiam wlaśnie takie zwiedzanie jak Ty - samemu :) Jestem w połowie posta ale czas goni, zajrzę jeszcze.'

gordyjka pisze...

Pięknie było - się skończyło...;o) Dzięki, że chciało Ci się to wszystko zobaczyć i uwiecznić...;o)

Zielonapirania pisze...

Zrobiłam to.takze dla siebie samej, ale także o to, aby pokazać, że w domu jest fajnie, ale dalszy świat także jest piękny:)

BBM pisze...

Piękne zdjęcia, bardzo ciekawa relacja. Bogactwo wrażeń i przeżyć. Będziesz miała co wspominać! :)

Zielonapirania pisze...

Przy wylocie miałam delikatny stres i zatykanie uszu, powrót w pełnym komforcie i bez stresu, szczęśliwie bezpiecznie. Akurat widziałam jak rzucają te walizki i robią to bez pardonu.

Zielonapirania pisze...

Cała jestem pełna tych wrażeń i z trudem przyzwyczajam się do codzienności.

Michał pisze...

Witaj.
Koty jak koty, ale te widoki, które dech w piersiach zapierają. Super zdjęcia.
Masz racje, że świat jest nadal piękny.
Pozdrawiam serdecznie.
Michał

Zielonapirania pisze...

A jeszcze ile innych miejsc do obejrzenia czeka:) o krajach poza Europą nawet nie myślę, bo życia zbraknie:) Choć w Azji już byłam - w Gruzji.

Zielonapirania pisze...

Jakie to ciekawe, co napisałaś, dzięki! Muszę się szerzej zainteresowac:)

Agnes Agnieszka pisze...

Cudowna wycieczka koty wspaniale się dały z fotografować krajobraz jest cudowny i piękne zdjęcia

Zielonapirania pisze...

A jeszcze niemożliwy do utrwalenia ma zdjeciach zapach anyżu, włoskiego kopru, drzew piniowych i morskiej wody... Mogłabym być na wakacjach przez cały rok;)

Krystyna 7.8 pisze...

Zdjęcia obrazują tamtejsza rzeczywistość, wyschnieta i wypalona roślinność, niebo blekitne niebo i szafir morza. Wspaniałe wakacje. Serdeczne pozdrowienia znad sztalug malarskich przesyła Krysia

agatek pisze...

Zgadza się.
Mnie na zatykanie uszu pomaga ssanie cukierka.

Zielonapirania pisze...

Stosuje to samo, landrynka albo mentos.

Zielonapirania pisze...

Tam od kwietnia nie było deszczu i pali powyżej 35 stopni całe lato, ale agawy nadal jędrne i mąka taaaakie wysokie kwiatostany:)

Gryzmolinda pisze...

i ten przepiękny niebieski kolor - wszystko niebieskie .Mam niebieski i ja , więc zimą będę działała. Piękne niebieskie wakacjewakacje

Ja bez Imienia pisze...

Marzy mi się kiedyś podróż do takiego antycznego miejsca! I te koty! :)

duo.na pisze...

NA razie nie planuje, ale nieplanowane wycieczki tez sie zdarzaja:)

Zielonapirania pisze...

Jeszcze przed wyjazdem zaraziłam się kolorem niebieskim, większość ubrań jakie wzięłam były w tym kolorze:)

Zielonapirania pisze...

Warto popracować nad realizacją marzenia, podobno wszystko jest możliwe:)

Atelier Marysi pisze...

Piękne kadry na których pokazałaś całe piękno Grecji . Wiele wskazówek jest w Twoim wpisie dla chcących wyjechać tam na wakacje . Pozdrawiam serdecznie.

Bożena pisze...

COŚ NIESAMOWITEGO!. Przepiekne zdjęcia. Te cudne malownicze uliczki z widokiem na morze. Wszystko mi sie podoba. Miałam wspaniały, bardzo intensywny czas. Ja tylko tak spędzam wakacje. Siedzenie na plaży mnie męczy. Pozdrawiam:)

Zacisze Lenki pisze...

Wspaniała wycieczka, ale na tak ryzykowną wspinaczkę bym się nie odważyła.

Zielonapirania pisze...

W tak wielu miejscach jeszcze nie byłam, ale gdziekolwiek wylądowałam na greckiej ziemi, tam mi się podobało. Moje klimaty, upał i relaks:)

Zielonapirania pisze...

Dziękuję:) Zgadzam się, że bezczynność jest bardziej męcząca od aktywności, a dodatkowo ogranicza rodzaj i skalę wrażeń i wspomnień.

Zielonapirania pisze...

Pomyślałam: teraz albo nigdy i to mnie motywowało:)

Nina S. pisze...

Wspaniale wakacje miałaś. Pięknie jest w Grecji, podobają mi się klimatyczne uliczki i zabytki .Piękne zdjęcia. Bardzo mnie cieszy, że Grecy dbają o koty, myślę, ze o psy również.
Pozdrawiam serdecznie

roksanna pisze...

Bardzo lubię klimat grecki, choć znam go tylko z dwóch wysp- Krety i Rodos.
I uwielbiam jagnięcinę, której tam pod dostatkiem 😉
Piękny czas miałaś, jest co wspominać 🙂

Zielonapirania pisze...

Na Kosie widziałam zaledwie kilka psów przez cały pobyt i wydaje mi się, że to były psy turystów w większości. Kojarzę jednego psa z przedmieścia. Natomiast w centralnej lądowej Grecji - tu Cię zmartwię - nikt nie przejmuje się kotami i psami, są zaniedbane, porzucane, wałęsają się głodne całymi grupami. Kiedy turysta rzuci im kanapkę albo pogłaszcze kota, Grecy się złoszczą złoszczą i mówią: weź sobie, jak ci się podoba, nawet wszystkie. Dzieci rzucają w psy kamieniami. Dorośli bez pardonu przejeżdżają je autami. Nie prowadzi się opieki nad zwierzętami z prawdziwego zdarzenia, jak w innych krajach europejskich. Nie ma schronisk z prawdziwego zdarzenia, nie ma przepisów prawnych. Władze greckie zaprzestały finansowania działań wspierających ochronę i ratowanie zwierząt od 2009 roku. Powstają społeczne organizacje, takie grupy wspierające cierpiące i opuszczone zwierzęta, ale nie dają rady. Codziennie odnajdują setki psów przywiązanych do drzew, ławek i latarni. W samych Atenach środki dla towarzystw społecznych i fundacji zajmujących się ochroną psów i kotów, z przeznaczeniem na utrzymanie schronisk i wszelkie działania ochronne, jak szczepienia czy sterylizacja, zostały zmniejszone w czasie 24 miesięcy z 500.000 do 190.000 euro. Nikt tam się nie przejmuje bezpańskimi psami i kotami, za to nie lubię Greków. I za to, że nie płacą podatków:). I za to, że dbają tylko o czystość wokół siebie, a tam dalej to może być syf i brud, nikogo to nie obchodzi.

Zielonapirania pisze...

Z tą jagnięciną to prawda. Obecnie mało jem mięsa, ale najlepszą jagnięcinę jadłam kilka lat temu, pewnie z dziesięć już będzie, w restauracji na dachu ateńskiego hotelu:) Grecy z wysp moim zdaniem różnią się od Greków z kontynentu. Na wyspach ulegli obcym wpływom i mają inną mentalność.

Ismena pisze...

Witaj już październikowo
Niestety wakacje mają to do siebie, że kiedyś muszą się skończyć. Moje też niedawno minęły. A swoją opowieścią przywiałaś wspomnienia o moich greckich wakacjach, Kiedy to było?
Teraz już jesień zadomowiła się u nas na dobre. Dni stają się coraz krótsze. Noc wydłuża się. Czy także u Ciebie słońce po intensywnym lecie nie ma już siły świecić?
Cóż.... Także i ja spowolniałam. A wystarczy mały promyk słońca w kolorowych liściach i już chciałoby się spacerować.
Pozdrawiam wszystkimi kolorami października

Barbarossa pisze...

Grecja... To miód na moje serce. UWIELBIAM!!! Kilka wysp już zwiedziliśmy (8) oraz 3 razy byliśmy na lądzie.
Ale na Kos nie dotarliśmy jeszcze. Twój piękny i szczegółowy post będzie dla mnie przewodnikiem. Dziękuję :)
Na szczyty się nie wybierzemy z M. ( sprawy zdrowotne), ale inne miejsca tak, koniecznie tak :). Podziwiam Twoją kondycję.
Do Grecji mogłabym lecieć chociażby jutro... No niestety na jutro pakuję walizkę do szpitala...
Ale wrócę tu i jeszcze raz pooglądam zdjęcia :)
Moc pozdrowień posyłam.

Zielonapirania pisze...

Witaj Ismeno, październik nas rozpieszcza dobrą pogodą, oby tak dalej.

Zielonapirania pisze...

Mam podobnie - zebrałabym się w pół godziny, jakbym mogła polecieć, ale... praca trzyma człowieka w miejscu. Wracaj szybko zdrowsza do domu, bądź dobrej myśli.

Prześlij komentarz