wtorek, 17 grudnia 2019

Jestem

Słucham RMF Classic i cieszę się wolną godziną. Bo mogę. Wreszcie:) Nie, nie narzekam. Lubię, jak się dzieje, nawet jeśli są to codzienne sprawy. Czas zajęty, bo i nadgodziny w pracy, zakupy mikołajkowe, pan majster do zakończenia drobnych prac w domu, potem miałam u siebie wnuczkę na 10 dni, samą. I goście nas nie omijali. Wstawałyśmy w środku nocy czyli o 5.15 i jechałyśmy do przedszkola/pracy na 7.00, wracałyśmy koło 17.00. Ja zmarnowana, ona nadal pełna energii i "babciu baw się ze mną", a babcia nie wie, czy ma się łapać za garnki czy pranie:) Wieczorami czytałyśmy "Cudowną Podróż" Selmy Lagerlof, moją książkę z z dzieciństwa, wydanie z 1962 roku:) . Jednak był to fajny czas, a ze względu na dziecko  przyspieszyłam o tydzień "przygotowania" do świąt. Piszę w cudzysłowie, bo ja się do świat raczej nie przygotowuję. Jednak dziecku trzeba zaszczepić zwyczaje świąteczne, więc piekłyśmy pierniczki (które zaraz potem zjadłyśmy:), robiłyśmy świąteczne dekoracje (hmmm... bez wysiłku, z tego co w domu już było), ubrałyśmy choinkę i powiesiłyśmy lampki na przydomowym świerku.





Wczoraj zawiozłam ją do drugiej babci, A wszystko przez to, że w pracy u córki z okazji świąt - żniwa. Zaczyna pracę o 6.00, kończy o 16 lub 18, także w weekendy. Mnie się to nie podoba, bo ona nie jest silną babą, raczej chwiejną emocjonalnie mimozą, ale nie przetłumaczysz... Na szczęście niedługo koniec tej orki, a ona się cieszy, że zarobi w miesiąc dwie pensje.
Moje spotkania z babcią najstarszej wnuczki są bardzo sporadyczne i wzbudzają we mnie negatywne emocje, przed czym się bardzo bronię siłą wewnętrznego spokoju i przekonaniem, że racja jest po mojej stronie:). Babcia, nie wiadomo dlaczego, uważa, że dziecko przedszkolne należy karmić papkami, żeby sobie nie niszczyło zębów. Wnuczka ma skończone 5 lat! Mimo to u babci dostaje zupki ze startymi warzywami i posiekanym drobniutko mięskiem. Drugie danie to zawsze ziemniaki w formie puree, zmielone lub siekane mięso, bez surówki, bo "mała nie lubi". Jak to nie lubi ??? Lubi i to bardzo, na przykład całe lub przekrojone wzdłuż na pół kiszone ogórki ( wg babci: ale zęby sobie połamie!), pomidory, surową czerwoną paprykę w kawałkach, surową marchewkę. Owszem, nie lubi drobno pociętych wymieszanych warzyw, kiedy nie wie, co je. Ale warzywa oczywiście zjada bez problemu i to w pierwszej kolejności, przed mięsem i ziemniakami. U babci wnuczka je bardzo jednorodnie, wciąż to samo. A przecież lubi także ryż, makaron i kasze, lubi rybę i naleśniki z serem.  Lubi dostać miskę z ćwiartkami jabłek, gruszek, pomarańczy czy sharon kaki i wcina aż się uszy trzęsą. U babci dostaje utarte jabłuszko, jak jakieś niemowlę. Według babci, sera do ust nie bierze, ryżu nie lubi. No nie wiem, skąd w niej taki upór i bzdurne przeświadczenia. Nie przekonasz, ona wie lepiej i już.

Druga sprawa to podawanie leków. Babcia kilkadziesiąt lat temu przez kilka lat była pomocą apteczną. Uważa się za znawcę leków, za lekarza niemalże. Karmi dziecko lekami z byle powodu bez wizyty lekarskiej. Już kiedyś była o to wojna, żadnych wniosków babcia z tego nie wyciągnęła. Kiedy wnuczka jest u niej i babcia zauważy, że ma np. katar, zaczyna się podawanie leków z apteki. A nie daj boże, jak jej się temperatura podniesie. 37 stopni i w ruch idą medykamenty. Ze dwa lata temu chyba wyraziłam wobec babci pogląd na takie postępowanie, także córka zażądała od razu informacji, jakby dziecko zaczęło zdradzać objawy choroby i nie podawania lekarstw, ale grochem o ścianę. Chrypka to ciężka choroba, kichnięcie to powód do leczenia. W niedzielę spędzaną jeszcze u mnie, małej podniosła się lekko temperatura, 37.2 stopnie. Powiedziała, że ją zaczyna lekko boleć brzuszek, a następnie solidnie rzygnęła. Potem położyła się na drzemkę, a jak wstała, było jej znacznie lepiej. Oczywiście, że się zmartwiłam. Z córką ustaliłyśmy, że czekamy, zobaczymy co noc przyniesie i ewentualnie, jak jej nie przejdzie, pójdę z nią rano do lekarza. Poiłam wodą, zrobiłam lekki posiłek, ale nie namawiałam do jedzenia, bo nie miała apetytu. Noc minęła spokojnie, cała przespana, rano wstała wesoła jak ptaszek i zjadła śniadanie. Po odwiezieniu do babci, poprosiłam ją o obserwowanie dziecka, bo może to jakiś wirus i dopiero się choroba zacznie i w razie co, aby była w kontakcie z mamą dziecka. No i zaczęło się. A dlaczego nie podałam dziecku apapu, trzeba było dać krople żołądkowe, jak tak można dziecko bez lekarstw zostawić... itp. itd. Zagotowałam się i rzekłam, że nie będę dziecka truć bez potrzeby, że gorączkę do 38 stopni organizm sam zwalcza "ucząc" się przy tym odporności, można okład zimny na czoło zrobić, że dziecku kropli na żołądek się nie podaje itp. Prawie mnie zjadła na takie dictum, bo ona lepiej wie, aż wnuczka biedna, co przy tym była rzekła do niej w mojej obronie: ale babciu, babcia nie miała w domu leków. Chciała dobrze, ale tym dolała oliwy do ognia:) Bo teraz usłyszałam, jak można w domu nie mieć lekarstw, kiedy się bierze do siebie dziecko. Prawie się pokłóciłyśmy, ledwo się powstrzymałam, bo o byle co i z byle kim (w sensie postawy) kłócić się nie będę.

Lekarstw w domu nie mam  żadnych. W  życiu nie kupiłam apapu i innych paracetamoli, i nie kupię, nigdy nie podałabym dziecku tego świństwa i sama nie wezmę.  Kiedy wiele lat temu miałam dolegliwości migrenowe, miałam w domu 1-2 tabletki przeciwbólowe, nie więcej, specjalnie na migrenę jeden wybrany rodzaj leku, dało się go w wersji rozpuszczalnej kupować na sztuki. Nawet jak miałam skręconą i spuchniętą nogę, nie wzięłam ani jednej tabletki przeciwbólowej, jedynie robiłam sobie zimne okłady i trzymałam nogę bez ruchu przez pewien czas. Teraz też nie mam w domu niczego przeciwbólowego, bo mnie nic nie boli. Jak mnie kiedyś zaboli to pójdę do lekarza i kupię, co mi przepisze. A jak mi przejdzie, to resztę leku zutylizuję w piecu c.o. Tak samo, jak mi dziecko w domu zachoruję, to je zawiozę do lekarza. Nie podam dziecku leku bez konsultacji lekarskiej, w końcu do przychodni można każdego dnia dotrzeć w kwadrans czy dwa, jeśli byłaby taka potrzeba. Nie biorę żadnych leków, gdy mnie lekko zaboli głowa, albo żołądek, co zdarza się rzadko. W szufladzie robiącej za apteczkę nie mam ani jednego lekarstwa, tylko materiały opatrunkowe i wodę utlenioną, na wypadek skaleczenia lub innego urazu, bo na wsi przy pracach domowych i polowych coś mogłoby się teoretycznie zdarzyć mnie albo np. sąsiadom, jakieś oparzenie przy piecu co, albo dziura w palcu przy wbijaniu gwoździa:) Lekarstwa w lekkich dolegliwościach to ostateczność, można sobie pomóc dietą, ziołami, odpoczynkiem. Każdy lek to środek chemiczny nieobojętny dla zdrowia. Oczywiście nie jestem wrogiem leków, one ratują życie. Trzeba je brać w chorobie, ale nie w chorobie wyimaginowanej czy przy lekkiej niedyspozycji. Jestem wrogiem półek z lekami w sklepach i kioskach, a na osoby ładujące te medykamenty do koszyka spoglądam z niepokojem, czy to przypadkiem nie lekomani, bo po co komu trzy opakowania ibuprofenu lub apapu ?

Wnuczka zdrowa, córka dowiadywała się u babci. Mogę spokojnie iść do pracy:)
A wieczorem zajrzę na Wasze blogi, bo się ostatnio baaardzo opuściłam z wizytami, za co bardzo przepraszam:)

50 komentarzy:

Anna K. Olszewska pisze...

Trzeba dziecku zaszczepić tradycje świąteczne? E tam. ;) Ale ja dziwna jestem, nie to co większość ludzi. ;P

I wyłonił się przykład osoby, za jakimi nie przepadam, czyli 'te co wiedzo lepiej'. Miałam podobny przypadek w rodzinie, dowiadywałam się od tejże osoby jakie mam preferencje kulinarne. Sama nawet jako dziecko nie raz z podziwu wyjść nie mogłam, że czego to niby jeść nie lubię, a przecież zawsze jadłam ochoczo. Ale byłam wtedy trochę starsza.

Takiej niskiej gorączki nie powinno się zbijać, bo to naturalny system obronny przed wirusem, a nie efekt wywołany chorobą.

To pewnie mnie widziałaś jak ładuję te trzy opakowania ibuprofenu. A tak poważnie, kupuję w aptece leki przeciwbólowe na miesiączkę, ponieważ mam wybór: albo leżeć i rzygać z bólu, albo jakoś funkcjonować naćpana chemią.
Radziłam się różnych ginekologów i nawet zielarki, ale nic nie pomaga. Dlatego będąc w Polsce, robię zapas tabletek, bo te Szwajcarskie to chyba jakieś placebo śmiechu warte.

Lucia pisze...

Tylko przyklasnac. Ja niestety jestem z tych co się faszeruja bez potrzeby. Chociaz ja jestem tak nieodporna na ból ze każda nawet niewielka dolegliwość wprawia mnie w straszmy stan. Nie mogę żyć normalnie. Ale to chyba ten moj nerwoból tak mi daje w kość Boję sie go jak zarazy. Nawet teraz to pęknięcie to pikus przy nawracajacych nerwobolowych
odczuciach. Wiem ze to siedzi w glowie. Moze psychiatra albo neurolog. Ale dla Ciebie podziw. :)

kobieta w pewnym wieku pisze...

Gdzie się taka druga babcia uchowała. Co, Ona nie czyta o kształtowaniu się odpornosci itd. Co do jedzenia, wiem, są dzieci, że nie ten kolor, nie ten smak i nawet rodzice w tym utwierdzają, bo skoro nie to nie. Moja wnusia na szczęście je wszystko, tylko mówi że ogórkowej i jajecznicy nie lubi. To zrobi się sadzone, zupkę ziemniaczaną i ogórka do ręki. Na zdrowie. Pozdrawiam

Italia Mini pisze...

Skąd ja to znam.... Jeśli chodzi o to wycie z bólu w "te dni". Tylko, że mnie już nic nie chce pomagać. Ale całkowicie rozumiem.

Italia Mini pisze...

Ja byłam taki Tadek-niejadek. Nic nie chciałam. Ale moja babcia i tak przemycała mi rózności warzywne. Jeśli jednak dziecko lubi, to się wszyscy powinni cieszyć i jak najwięcej zdrowości i różności dostarczać w pokarmach! To zaowocuje w przyszłości.
Co do leków... Hmmm... z powodu bóli w "te dni" troszkę tej chemii wcinam. Choć u mnie to już tylko podobno operacja., na którą na razie się nie zdecyduję. Co do innych leków, to raczej jakieś naturalne sposoby stosuję.

wilma pisze...

Piranio, na pewno nasze wnuczki mają wspólną drugą babcię. Serio!!!
Druga babcia moich wnucząt jest kropka w kropkę taka sama jak babcia Twojej wnuczki.
Wszystko się zgadza, jeżeli chodzi o karmienie dzieci i o podawanie lekarstw.
Na stwierdzenie córki, ze leki sprzedawane bez recepty to bardziej trują ludzi niż leczą, odpowiedziała - w Polsce nie sprzedaje się trucizny...
Wszystko co jest dostępne w handlu wg niej jest ok., a czytanie etykiet na produktach spożywczych przed zakupem to jest tylko widzimisię paniuś, które się nudzą.
I to stwierdzenie - wychowałam dwoje dzieci, to wiem lepiej...
Owszem, wychowała dwoje ... jednego cherlaka i jednego lekomana.
Spokojnego, przedświątecznego czasu:).

iksinska pisze...

Też mnie zastanowiło, dlaczego trzeba zaszczepiać dziecku zwyczaje świąteczne?

do leków mam stosunek taki sam jak ty, dopóki nie umieram, nie biorę ;D

Pola pisze...

W podejściu do zażywania leków, jestem taka sama jak Ty:) Nie biore, jeśli nie trzeba, czyli praktycznie wcale. Lekki ból mnie nie przeraża np. głowy- daję radę wytrzymać. Jestem strasznym "psem" na wszelaką chemię. Popieram Cię jako Babcię!

Fuscila pisze...

Moja Mama była lekomanką! Naturalnym zatem jest fakt, że przez całe moje zycie praktycznie nie było w moim domu żadnych leków. Nawet tych najbardziej popularnych typu tabletki z krzyżykiem na ból głowy.Gdy Ślubny miał raz za razem dwa zawały, pilnował sam tego, co mu w związku z tym przepisano. Pojawiły się Dzieci, i np. Córka Wiewiórka przez cały żłobek zachorowała tylko raz, i to w pełni gorącego lata - na zapalenie ucha!Co innego Synek Muminek, który w niemowlęctwie zachorował na zapalenie płuc. Długo trwało zanim po miesięcznym pobycie w szpitalu doszedł do siebie. A potem, gdy nawracały mu problemy oskrzelowe, stosowałam stary sposób, wypróbowany przez niejedną znachorkę! Sama też prawie w ogóle nie brałam leków. Doraźnie owszem, ale zaraz potem niezużyte opakowanie lądowało w śmieciach. Za to u mej Mamy, z każdą comiesięczną wizytą, z apteczki wyrzucałam furę różności lekowych, które moja Rodzicielka kupowała w ilościach hurtowych.
I tak dożyłam do czasów niedawnych, gdy od dwóch lat zaczęły mi się przypadłości kolankowe. Niestety, muszę brać leki przeciwbólowe, co oczywiście nie jest bezpieczne dla mej wątroby. Ale jestem pewna, że jak problem będzie rozwiązany, to znowu wszystkie leki pójdą w odstawkę, a ja będę za główne lekarstwo miała kijkowanie, rowerek i zumbowanie!
Masę serdeczności dla Ciebie Piranio! Z dużym worem Ciepłego i Puchatego!

Danka pisze...

To faktycznie macie z babcią kłopot.Najgorsza sprawą jest faszerowanie się lekami ,jeżeli nie jest to konieczne.A już dawanie dziecku to tragedia..W Szwecji prawie wszystkie leki wydawane są na receptę .Można kupić w aptece dosłownie kilka przeciwbólowych ,syropy tez na receptę i jeżeli już to bez ,maści,aspiryna,alvedon..I dobrze ,bo tu nikt nie faszeruje sie lekami,dzieci kaszel ,katar nie leczą niczym ,na dodatek idą do szkoły ,przedszkola ,biegają po dworze,deszczu...I 3 dni wszystko znika..zero leków..
Piranio .
Za oknem ciemno, cichutko puszyste ścielą się płatki. Niech serca się z sercem podzielą jak wigilijnym opłatkiem.Serdeczne Życzenia Ślę dla Ciebie i Twoich bliskich .Pozdrawiam.

agatek pisze...

Podoba mi się twój dzbanek. Fajną ozdobę świąteczną zrobiłaś :)

Skarlet - notatki z życia i podróży pisze...

Rozumiem zdenerwowanie drugą babcią. Moim zdaniem słusznie postępujesz.

Przedświąteczny i świąteczny czas to szczególnie dla dzieci miły okres. Ja ciepło myślę o mojej babci tworzącej odpowiednią atmosferę z różnych okazji. Najbardziej kolorowe są wspomnienia ze świąt.

Życzę odpoczynku :)

gordyjka pisze...

Niereformowalnego nie zreformujesz...;o)Ja "po drugiej stronie" mam Babcię Panikarę, która z kichnięcia robi tsunami...;o) Synowa przez dwa lata była tym gnębiona, a teraz okrzepła (po kilku radach teściowej)...;o) W apteczce zawsze mam "babciny miodek", "babciny syropek" i "babciny soczek"...;o)

kotimyszkot pisze...

Przekaż drugiej babci, że jedzenie samych miękkich potraw nie utwardza dziecku zębów. Wiadomość od dentystki mego syna. Zęby mają mieć co chrupać. Z lekami my też ostrożnie, pediatra nawet mówiła, że do 38 nie podawać dziecku przeciwgorączkowych, dopiero powyżej tej temperatury. Miłego zaszczepiania tradycji 🙂

Zielonapirania pisze...

Rozumiem, za są okoliczności zdrowotne, kiedy trzeba brać leki. Przecież po to one są, aby ratować życie i zdrowie. Ból potrafi psychicznie człowieka wykończyć, nie ma sensu cierpieć. Jestem jednak przeciwna nadużywaniu lekarstw.
A dziecku trzeba wpajać tradycje świąteczne, bo są one częścią kultury, w której żyjemy. I dodatkowo sprawiają dziecku radość. Po co jej to odbierać? Jak podrośnie to sama sobie ukształtuje stosunek do tych spraw.

Zielonapirania pisze...

Lucia, a może by tak zdiagnozować ten Twój nerwoból prawidłowo i podleczyc, a nie tylko brać leki przeciwbólowe? One nie leczą.
Ja się boje leków branych bez istotnej konkretnej potrzeby.

Zielonapirania pisze...

A moja za ogórkowa przepada:) nie jest niejadkiem, ale do nowych potraw powoli się przyzwyczaja. Jednak jak już pozna to nie grymasi.

Zielonapirania pisze...

W konkretnej zdiagnozowanej przypadłości branie leków jest bezdyskusyjna koniecznością. To nie średniowiecze, żeby się umartwiać. Ale jeśli bierzesz lekarstwa to chyba za wiedzą lub przepisane przez lekarza. W nich jest tyle środków chemicznych, że samowolka raczej niewskazana, przynajmniej ja tak uważam;)

Zielonapirania pisze...

To ja też jestem tą nudzącą się, bo czytam etykiety;)

Zielonapirania pisze...

Uważam, że skoro mieszkamy w określonej kulturze, to dziecko ma prawo znać jej tradycje. Inne dzieci w przedszkolu znają i uczestniczą w świątecznych obrzędach, pozbawienie jej tego spowodowałoby jej wyobcowanie, a to przecież mała dziewczynka. Podoba jej się szopka, chce znać opowieści o pasterzach, lubi śpiewać kolędy, cieszy się z planowanych świat... Nie widzę potrzeby jej tego pozbawiać. Jak będzie duża, sama zdecyduje, czy to dla niej wazne

Zielonapirania pisze...

Dziękuję, to miłe potwierdzenie, że nie jestem jakaś dziwaczką:)

Mrs.Gorzka pisze...

Skąd ja to znam! Mam ciocię pielęgniarkę, to siostra mojej mamy, która była zawsze przywoływana na najmniejsze i nieraz wymyślone dolegliwości. Tyle antybiotyków co ja zjadałam w dzieciństwie, czasami tylko na katar lub ból gardła, to głowa boli. A teraz jestem uczulona na amoksycylinę i jak jest potrzeba, to nie mogę jej zażywać. Leków więc staram się unikać, ale był problem np. po ugryzieniu kleszcza. A ciocia dalej więcej wie i zna się lepiej niż niejeden lekarz :)

Zielonapirania pisze...

Fusillo, nie wyobrażam sobie, żeby nie brać leków leczących w chorobie lub uśmierzający ból. Czyli wtedy, kiedy są potrzebne. Po to są. Jednak sama wiesz, jak wiele osób bierze je bez potrzeby.

Zielonapirania pisze...

Bardzo zdrowe podejście do wychowywania dzieci, znam wiele rodzin stosujących te same zasady, w tym moja córka i ja. Nie ma co robić paniki z drobnej dolegliwości, choć oczywiście trzeba trzymać rękę na pulsie.
Bardzo dziękuję za życzenia i odwzajemniam wszelkie serdeczności.

Zielonapirania pisze...

Raczej dziecko robiło, ja pomagalam:) Dzbanek natomiast to.moj nieudolnie wykonany domowy wyrób. Po prostu na dzbanku do zimnych napoi pojawiła się lekka rysa, więc polakierowalam go srebrnym sprayem z puszki.

Zielonapirania pisze...

Masz rację, też pamiętam świąteczne sceny sprzed lat. Wtedy jeszcze byli kolędnicy:)

Zielonapirania pisze...

Ja mam soczek malinowy:)

Zielonapirania pisze...

To samo uważam! Druga babcia już się chyba nie da przekonać. Za długo żyje w przeświadczeniu o swojej racji.

Zielonapirania pisze...

Moja koleżanka swoje dziecko niemal.karmila antybiotykami. Do czasu. Jej synowi sczerniały wszystkie zęby. Lekarz powiedział, że to z powodu nadmiaru antybiotyków. Nie znam się, ale wierzę temu lekarzowi.
Są sytuacje, kiedy musi być podany lek, tego się nie uniknie, ale najgorszy jest brak kontroli i zażywanie byle czego.

zamyślona pisze...

Też jestem przeciw nadużywaniu leków. Oczywiście biorę każdego dnia rano garść leków, ale są one przepisane przez lekarza. Mam już 84 lata i to i owo w organizmie szwankuje. Ale gdy złapię jakąś infekcję, to zaczynam od czosnku, cebuli i syropu z nich. Staram się też mieć w domu Padmę w razie czego. Pozdrawiam.

haniamrok pisze...

Pięknie jest przekazywać tradycje młodszym pokoleniom:) W zeszłym roku wnukowie wałkowali ciasto, wycinali pierniki, piekli i dekorowali. W tym roku sama upiekłam, ale może chociaż mi(i sobie) udekorują ? ;)
Nadużywanie leków to plaga. Moja mam uważała, ze bez tony lekarstw (w tym suplementów) nie będzie mogła funkcjonować, a było wręcz odwrotnie. Ale taka miała wiarę w te piguły, że żadne argumenty przeciw,jej nie przekonywały, do czasu aż żołądek odmówił współpracy.
Ja, chyba w opozycji do mamy, nie tykam suplementów, owszem, mam jakąś polopirynę, ale , odpukać, już parę lat nie byłam przeziębiona. Też wolę herbatki ziołowe i miód z cytryną, a na chrypkę wodę z solą do płukania gardła. Ponoć wirusy bardzo nie lubią soli.

duo.na pisze...

Pozazdroscilam dekoracji swiatecznych:)
Moze tez cos wykombinuje, ale ostatnie bombki i choinka wyladowaly na smietniku przed przeprowadzka 3 lata temu....

Zielonapirania pisze...

I słusznie, że bierzesz leki zapisane przez lekarza. Nie wyobrażam sobie, żeby nie brać i narażać swoje życie.

Zielonapirania pisze...

Od kiedy nabyłam wałek z marmuru, wałkowanie to moja domena, dla dziecka za ciężki:)
Co innego dekorowanie.

Zielonapirania pisze...

Przyznaje, że jakoś specjalnie mi na tym dekorowaniu nie zależało, bo potem trzeba sprzątać, ale skoro dziecko chciało...:)

Anna K. Olszewska pisze...

Uważam inaczej, tradycje to nie tylko część kultury, bo znikąd się nie wzięła. Albo idziemy w religię i robimy wszystko i nie udajemy rzymianina dwa razy do roku tylko dla rozrywki, albo rzetelnie to wszystko omijamy. Ale ja jestem radykałem, stąd mój twardy osąd. Nie lubię być wszędzie po trochu, stąd taka opinia.

Lucy pisze...

Znaczy dla dziecka, warto zorganizowac cos takiego w sensie malego OiOMu ;)
Troche niebezpieczna ta babcia, radosnie faszerujaca medykamentami. Grunt, zeby sie Twojej córki sluchala i przynajmniejk konsultowala. Zle, ze widocznie siedzi w domu i ma wiekszy zasieg na dziecko...
Pozdrawiam Cuie serdecznie i milych swiat zycze!

Zielonapirania pisze...

Ano siedzi w domu. Podzielilyśmy się czasem z wnuczka na pół. Ja 10 dni, ona 9. Małej nie jest tam źle, bo się wysypia i nie musi wstawać o świcie, jak to było przez 5 dni pobytu u mnie. Babcia kupuje więcej dupereli i daje tablet do zabawy, a ja nie:) Wychodzi na to, że to ja jestem ta gorsza:) przyjdzie czas, wnuczka sama doceni, która babcia była mądrzejsza hehe ;)

I wzajemnie, bardzo bardzo serdecznie.

Italia Mini pisze...

Na adenomiozę jeszcze nie wymyślono lekarstwa. Jest tylko opcja zaleczania, której ja z innych zdrowotnych powodów nie moge zastosować. Pozostaje operacja, albo przeciwbólowe aby przetrwać. Na razie staram się przetrwać. Ale już np. na przeziębienie staram się nie brać lekarstw. Stosuję inne sposoby. :)))

trollatrolla pisze...

czytam o twojej apteczce i myślę sobie, że w takim razie jesteś szczęściarą. Ja cierpię na bóle głowy od dziecka. Bardzo silne i częste, w zasadzie o nieustalonym podłożu. Od mniej więcej 15lat wiem, że ich źródłem jest stres, ale nie tylko. Gwałtowne zmiany pogody też. Plus do tego migreny od czasu do czasu, które nasiliły się po menopauzie. Te same problemy mają moje dzieci, miała też moja mama. I babcia.
Ale co do wnuczki to masz rację.

Zielonapirania pisze...

Wiem co to migrena, miałam przez kilka lat. Masakra. Brałam tylko jeden lek. W zapasie trzymałam jedna, dwie sztuki, bałam się brać więcej. Po ataku i wykorzystaniu tabletek, znów kupowałam tylko dwie w pakieciku:)
Po przeprowadzce na wieś i zmianie trybu życia minęło jak ręką odjął. Pomocna też była lekka dieta i wyciszenie, podejrzewam, że podłożem był stres.

Lucy pisze...

Tez mi sie tak zdaje, ze kiedys wnuczka wyliczy, gdzie bylo lepiej i sensowniej, i które zaopiekowanie wiecej jej dalo. Nawet jesli chodzi o te przesitkowane zwyczaje swiateczne ;)
Lece do pracy, zycze Ci milego przedswiatecznego weekendu, bo zapracowanego sobie raczej nie zrobisz, jak Cie znam :D
(w koncu przychodzi Dzieciatko, nie Sanepid, i urodzilo sie w stajemce, wiec niech czuje sie jak u siebie w domu, jesli chodzi o sprzatanie czy nie ;))

Zielonapirania pisze...

Dziś wieczorem zaczęłam świętować. Mam tydzień wolnego. Nie mam co sprzątać. Sama mieszkam i sprzątam na bieżąco to i mam posprzątane jak na święta:) Powiesiłam tylko więcej światełek na domu, wnuczka się ucieszy. Jutro zrobię śledzie. Szynki kupię na jarmarku. Ciasto w poniedziałek odbiorę z cukierni. Pstrągi na świąteczny obiad leżą w zamrażarce. Listki i kiełki na sałatki wezmę świeże z marketu w poniedziałek, a zrobię w pięć minut przed podaniem na stół, łosoś jest, jajka mam. I starczy. Wigilia u brata, w pierwszy dzień świąt mam jego z żoną i przyjaciółkę z mężem na obiedzie. Potem tylko dajadam;) i śpię:)
Dziękuję za życzenia, wzajemnie.

Bożena pisze...

Wpajanie tradycji świątecznych nie wydaje mi się niczym strasznym, przecież to tylko lepienie pierniczków itp. a święta obchodzą dzisiaj i katolicy, i wierzący inaczej, i ateiści, każdy świętuje co chce i po swojemu, bo chociażby, co mają zrobić z wolnymi dniami? Wiele tradycji w każdej z tych grup zostaje zachowanych, bo np. tak zapamiętali z dzieciństwa i uważają, że to wprowadza dobry nastrój. Katolicy zresztą też sami wszystkich tych tradycji nie wymyślili.

Teresa Czajkowska pisze...

Ja kupuję leki , nie zawsze te zalecane przez lekarza, ale poza życiu jednej lub drudiej dawki, odstawiam. Często przeprowadzam remanent w swojej apteczce i łapię się za głowę. Po co kupuję, jeśli ich nie zażywam? Stara a głupia. Na to nie ma lekarstwa, a szkoda :)))

Sztuka w papilotach pisze...

Jak mówi pewien znajomy lekarz - na gorączkę u małego dziecka najlepszym lekarstwem jest środek na uspokojenie dla rodziców. Albo dla babci, w tym przypadku :). U nas przebojem jest teraz domowa mikstura na odporność z miodu, czosnku i soku z cytryn. Na migrenę najbardziej chyba pomaga święty spokój, zero stresów i zdrowy tryb życia.

Zielonapirania pisze...

Dobrze, że masz świadomość tego, że przesadziłaś z zakupami i tylko masz pełna apteczkę, a nie naduzywasz:)

Zielonapirania pisze...

W całości się z tym zgodzę. I domowej roboty soczek z malin. Jako małe dziecko w przypadku gorączki byłam pojona zapomnianym już naparem z kwiatu lipowego.

Sztuka w papilotach pisze...

Hehe :) nie tak całkiem zapomnianym :). Właśnie od tygodnia, w związku z przewlekłym przeziębieniem, popijam napar lipowy z miodem :))).

Zielonapirania pisze...

Pamiętam, że był smaczny:) Mama sama zbierała w lecie.

Prześlij komentarz